czwartek, 25 marca 2021

SŁUŻBOWY WYJAZD

 


Od dłuższego czasu nawigacja jak mantrę powtarzała: Zawróć, Zawróć. Mimo to Michał piął się krętą, zastawioną samochodami uliczką dalej. Już kiedyś był tu przecież. Fakt. Wyglądało to inaczej ale przecież już tu był i pamiętał. Odrapane budynki , walające się obok koszy śmieci sprawiały ponure wrażenie. Cholera. Co za slamsy mruczał pod nosem. Dwudziesty pierwszy wiek a tu średniowiecze. Nagle gwałtownie zahamował . Ta brama wyglądała znajomo. Powoli ryzykując obtarcie lakieru wjechał w nią i jego oczom ukazał się park. Kur… zamruczał pod nosem. Po chwili zza drzew wyłonił się znajomy budynek. Inne samochody już stały. Chyba znów się spóźniłem pomyślał. Zaparkował samochód. Rozejrzał się dokoła. Po chwili z profesjonalnym uśmiecham przyklejonym do twarzy wszedł do środka. Tak jak myślał. Wszyscy już byli. Dzień dobry i przepraszam za spóźnienie rzucił w przelocie i usiadł na wolnym krześle na końcu sali. Mówca tylko kiwnął głową i kontynuował temat. Michał po chwili wyłączył się zupełnie. Cholera. Co ja tu robię? Bezwiednie rysował coś na kartce udając że notuje. Inni równie znudzeni robili to samo.

Po dłuższym czasie wreszcie padło tak wyczekiwane: Dziękuje państwu. Do zobaczenia. Uff.

Michał wstał z krzesła i skierował się do drzwi. Na parkingu dostrzegł grupkę osób które paląc o czymś dyskutowały. Podszedł do nich. Cześć Michał. Ktoś klepnął go w ramię. Obejrzał się i zobaczył Przemka. O. Cześć. Kupę czasu Cię nie było. A wiesz odparł Przemek. Dopiero wróciłem.

Wyciągnął papierosy i poczęstował Michała. Dzięki. Nie palę odparł Michał. Ty też powinieneś przestać. Przemek skrzywił się i odparł. Taa. Może jutro. No ale lepiej opowiadaj co u Ciebie. Przeskakując z tematu na temat rozmawiali o wszystkim i o niczym. Nagle ich uwagę przykuły widniejące na horyzoncie kominy. Przemek. Co z nimi jest nie tak? Jakoś inaczej wyglądają. No masz rację. Ty. Zobacz . Chyba będą remontowane bo widać konstrukcję koło nich. Stara cegielnia od lat stanowiła kość niezgody między władzami a mieszkańcami. Większość z nich kiedyś tam pracowała. Zamknięta od lat marniała powoli stając się zagrożeniem. Nagle usłyszeli potężny huk.

Komin jakby za dotknięciem czarodziejskiej różdżki lekko wzniósł się do góry a potem runął. Po chwili to samo stało się z drugim. Widok zasłonił kurz. Wszyscy przyglądali się temu w milczeniu. Nagle usłyszeli dźwięk przypominający spadające kamienie. Co to jest> Przemek z Michałem rozejrzeli się dookoła. O cholera. Popatrz. Gzyms kamienicy w której przed chwilą byli zaczął się chwiać . Cegła po cegle spadała a hukiem na chodnik. Ja pierdzielę. Tam stoi moje auto. Przemek pobiegł na parking. Otworzył drzwi. Wskoczył do środka i zapalił silnik. W tej chwili jednak ściana runęła przygniatając go. Michał z innymi jak sparaliżowany patrzył na to . Krzyk. Ten krzyk wwiercał się w jego mózg. Bez zastanowienia ruszył w tamtym kierunku ale kolejne kawałki ściany spadały jedne za drugimi. To wybuch. To ten wybuch, A jeszcze chwilę temu byliśmy w środku. Myśli kłębiły mu się w głowie. Cholera. Czy ktoś jest w środku? Ile osób tam było? Obejrzał się. Inni nadal ze spokojem stali i rozmawiali. On już biegł w kierunku osuwiska. Rękami starał się odrzucać gruz by dostać do auta. Cholera. Muszę wezwać pomoc. Sięgnął do kieszeni ale przypomniał sobie że telefon został w samochodzie. Pomocy. Pomocy . Wrzeszczał drąc do krwi ręce. Pot i pył spływały po jego twarzy. Nagle stracił równowagę i runął jak długi.

Obudził się. Leżał obok łóżka. Kołdra oplatała go jak lina blokując ruchy. Boże. To tylko sen. Tylko sen. Nagle spojrzał na wiszący na ścianie kalendarz. To dziś? Tak. Dziś miał jechać na to dziwne zebranie. Przypomniał sobie te kominy w tle. Dreszcz przeszedł mu po plecach. Jechać? Nie jechać? No przecież nie powiem szefowi że miałem koszmary. Po kilku godzinach słysząc namolny głos nawigacji: Zawróć. Zawróć i pnąc się stromą zastawioną autami uliczką w górę poczuł znów ten lęk. W tle zobaczył znajome kominy...

niedziela, 12 listopada 2017

POZA PRZESTRZENIĄ


Zdezorientowana wysiadłam na peronie i rozejrzałam dokoła. Wysokie przeszklone przestrzenie sprawiały wrażenie jak gdyby rozpływały się zmieniając w chmury. Kolumny w bliżej nieokreślonym kolorze stapiały z mirażem ścian. Mijający mnie ludzie szli w rożnych kierunkach nie zwracając na siebie uwagi. Szmer rozmów nie był w stanie zagłuszyć panującej w koło ciszy. Powinnam słyszeć szum pociągów, głos megafonów a tu nic. Cisza. Ruszyłam przed siebie rozglądając się. Dostrzegłam napis wyjście. No wreszcie: Pomyślałam i poszłam w tamtym kierunku. Poczekaj. Nie idź tam. Usłyszałam za sobą i obejrzałam się. Stala tam dziwnie znajoma mi kobieta. Chodź ze mną. Coś ci pokarze. Poprowadziła mnie w zupełnie innym kierunku a po przejściu pod tunelem stanęłam oniemiała. Moim oczom ukazały się szerokie arterie ruchomych ścieżek po których przesuwały się sznury ludzi. Drogi były wielopoziomowe i zmierzały w rożnych kierunkach. Dziwne światło rozświetlało wszystko nie rzucając cienia i nie dając ciepła. Za moją przewodniczką podążyłam jedną a potem drugą drogą. Labirynt zdawał się nie mieć końca. Wreszcie dotarłyśmy do zapory. Dziwny mur- nie mur z wyrwą i uchyloną bramką. Stanęłyśmy z boku a ja z fascynacją obserwowałam podchodzących tam ludzi. Część z nich chciała sforsować go przeskakując górą ale było za wysoko, część przecinać się przez wyrwę ale to również było niewykonalne Nikt nie korzystał z bramki. Spytałam więc: Dlaczego oni tak dziwnie się zachowują? Moja przewodniczka jednak milczała. Coś tam, po drugiej stronie przyzywało mnie do siebie. Postanowiłam sprawdzić co to jest.. Nacisnęłam klamkę i furtka otwarła się na oścież. Po drugiej stronie dostrzegłam ciągnące się po widnokrąg pola i kępy drzew. Była też droga. Mur stanowił granicę między dwoma światami widocznie nieprzekraczalną dla jej mieszkańców. Przeszłam na drugą stronę. Obejrzałam się lecz moja przewodniczka zniknęła tak jak i tamten świat. Pozostała otaczająca mnie przyroda i droga będąca jak zaproszenie. Poszłam więc dalej. Po jakimś czasie dostrzegłam skupisko drzew i kilka domów. Im bliżej się znajdowałam tym to wyglądało dziwniej. Żadnych osób, żadnego ruchu na drodze. Gdzie są wszyscy pomyślałam? Nie czułam jednak obawy. Ten świat wydawał mi się dziwnie znajomy. Przed blokiem był parking. Ciasno poustawiane samochody i ta pewność że ten niebieski jest mój. Wsunęłam rękę do kieszeni i ze zdziwieniem dotknęłam kluczyków. Kilka białych brzóz otaczało to miejsce. Ciekawe jak potem wsiądę do auta skoro stoją tak blisko siebie pomyślałam ale chwilowo nie byłam tym zainteresowana by to sprawdzić. Poszłam w kierunku bloku. Drzwi były otwarte. Wjechałam windą na trzecie piętro i po wyjściu na korytarz dostrzegłam na każdych drzwiach mieszkania olbrzymie ozdobne kokardy i pod nimi prezenty. To były figurki wykonane z owoców. Ściągnęłam swój i weszłam do mieszkania. Znajome przedmioty otaczały mnie gwarantując bezpieczeństwo. Byłam tam sama. Za drzwiami nagle usłyszałam ruch. Coś się tam dzieje pomyślałam i wyszłam na korytarz. Mieszkańcy z mieszkań wyciągali stoły. Część ustawiała na nich jedzenie i napoje. Wszyscy krzątali się z pośpiechem i jakąś taką ekscytacją.. Wiesz. Za chwile będzie przyjecie usłyszałam za swoimi plecami. On się pojawi. Próbowałam zrozumieć co się tu dzieje . Oni jakby mnie nie dostrzegali. Chciałam wrócić do mieszkania ale i tam stały już zastawione stoły i było gotowe na przyjecie gości. Zdezorientowana wyszłam na parking. Nagle okazało się że mojego samochody już nie ma. Miejsce parkingowe było puste i była tam tylko informacja ze potem oddadzą mi samochód gdy nie będzie już potrzebny. Jakaś kobieta usiłowała zaparkować. Jej samochód był o wiele za duży ale mimo to wjechała rysując i przepychając inne samochody. Śpieszę się wyjaśniła mi widząc moją minę. . Za chwile wszystko zniknie. Jak to? Spytałam ale nie usłyszałam już odpowiedzi. Natarczywy dźwięk budzika wdarł się do mojej głowy. Na szczęście był to tylko sen. Wyjrzałam przez okno. Znajome brzozy lekko kołysały się na wietrze. Pod nimi stało małe ,niebieskie auto...

czwartek, 23 lutego 2017

POZA PRZESTRZENIĄ


W sennym miasteczku panowała cisza. Nawet latarnie świeciły mdło i bez przekonania. Puste chodniki znikały gdzieś za rogiem. Autobus przyjechał późnym wieczorem. Już z daleka słychać było ryk silnika i pisk opon gdy z chorą szybkością pokonywał zakręty. Boże. Zabiją się pomyślałam i stojąc na chodniku obserwowałam co będzie dalej. Nagle wyhamował i z ze zgrzytem otwarł drzwi. Koloniści z rejwachem wysiedli i ciągnąc za sobą bagaże poszli do szkoły gdzie mieli nocować. Poszłam za nimi chcąc zobaczyć się z Anią ale gdy weszłam do budynku wszystkie sale były pozamykane a nielicznie osoby krążące po korytarzu znikały równie szybko jak się pojawiały. Kraty w oknach i zniszczone stare łóżka stojące na korytarzu sprawiały przygnębiające wrażenie. W głębi korytarza zobaczyłam smugę światła z uchylonych drzwi. W łazience zastałam Anię. Ona też była jakaś dziwna i wyjątkowo małomówna. Wiesz. Powiedziała. Powinnam wracać do domu, po czym odwróciła się i zniknęła za drzwiami. Zrezygnowana wyszłam na ulice. Koloniści defilowali w grupach głośno hałasując. Rozglądałam się szukając jego. Obok mnie stała jego dziewczyna. Zobacz- jest. O tam idzie z jakimiś dwoma dziewczynami. Faktycznie. Szedł uśmiechnięty prowadząc za rękę dwie równie rozbawione dziewczyny. Jego dziewczyna gdy to dostrzegła wściekła się. Zaczęła krzyczeć coś bez sensu i pobiegła przed siebie. Dogoniłam ja dopiero po chwili. Byłyśmy w jakimś obcym, dziwnym miejscu. Ona jak porcelanowa ruchoma laka z zepsutym automatem opadła na chodnik i zamarła w bezruchu.. Słuchaj. Wracajmy powiedziałam i pociągnęłam ja za sobą lecz już nie reagowała. Porcelanowe martwe spojrzenie parzyło przed siebie..
Trafiliśmy na podwórko. Wędrowni kuglarze mieli tam swój spektakl. Człowiek na szczudłach zaglądał do okien a linoskoczek wykonywał swoje piruety. Z boku jakiś mężczyzna połykał i ział ogniem. Kuglarska muzyka odbijała się od studni podwórza. Rozejrzałam się . Z boku na starcie jakiś śmieci siedziała stara cyganka. Postanowiłam spytać ją o drogę. Idź tędy ale uważaj na zabawki. Potrafią być niebezpieczne. Nie rozumiem powiedziałam ale na już mnie nie słuchała.
Jakiś dźwięk na podwórzu zwrócił moją uwagę. Gdy znów obejrzałam się cyganki już nie było.
Za otwartymi drzwiami zobaczyłam starych ciemnoskórych mężczyzn. Grali w karty. Przepraszam . Nie widzą panowie którędy mam iść? Jeden z nich nawet się nie odwracając wskazał na starą szafę. To chore pomyślałam ale rozsunęłam ubrania i weszłam do środka. Za nią nie było ściany lecz dziwne ciemne pomieszczenie pełne mechanicznych, nakręcanych zabawek. Klaszczące małpki, małpki z tamburynami, z bębenkami. Tancerki na pozytywkach. Wszystko było jakieś przerażające. No i ta cisza, jakby w oczekiwaniu na coś co miało się zdarzyć. Wolno posuwałam się przed siebie. Nagle niechcący potraciłam jedną z nich i ta ożyła a po niej kolejna i kolejna. Kakofonia dźwięków przeraziła mnie. Rozejrzałam się lecz nie było gdzie uciekać. Drzwi gdzieś zniknęły. Jedyna droga ucieczki to maleńkie wąskie okienko . Otwarłam je i w panice przecisnęłam się na zewnątrz. Nie zastanawiałam się co będzie dalej. Po drugiej stronie nie było niczego. Spadałam. Czerń otulała mnie jak aksamitny miękki płaszcz. Świadomość znikała. Po chwili nie było niczego.

środa, 1 lutego 2017

ZWYCZAJNE ŻYCIE


Stara kobieta siedziała pochylona nad szufladą pełną szpargałów. Wyglądają jak moje życie pomyślała. Pełno wszystkiego a większość bez znaczenia. Może sama powinnam opowiedzieć o sobie zanim ktoś inny to zrobi? Taka samo oczyszczająca spowiedź przed sobą. Jeszcze raz popatrzyła do szuflady i zapadła w zadumę.
Pierwsze wspomnienie.
Ile mogła mieć lat? Cztery, może pięć? Siedzi pod stołem i rozżalona gryzmoli coś kredką na nodze mebla. Wypisuje swoje żale, to, co on jej zrobił. Nie wie jeszcze, co to znaczy, ale wie, że to jest złe, że bolało. Kazał jej się rozebrać ,położyć na podłodze i rozchylić szeroko nogi. Był od niej starszy, silniejszy i trochę się go bała, więc zrobiła, co kazał .Ściągnął spodnie i majtki, Położył się na niej i najpierw ją dotykał palcami  a potem coś wkładał między jej nogi. To bolało. Gdy krzyczała przestawał by po chwili znów zrobić to samo. Potem kazał jej się ubrać i zabronił mówić mamie. Wiedziała, że mama byłaby na nią zła gdyby jej powiedziała, więc wolała to sobie zapisać. Tylko, że mama sprzątając wycierała to wszystko do czysta. Potem, gdy była już starsza sama wkładała tam różne przedmioty i poruszała nim tak jak on kiedyś tym czymś, co miał w spodniach. Po chwili czuła przyjemność i bul. Może wszystkie dziewczynki tak robią? Dorastała.
Szkoła.
Była nieśmiała. Bała się podejść i porozmawiać. Koleżanki bawiły się w dom, w szkołę a ona zawsze stała samotnie gdzieś z boku. Chyba nawet jej nie widziały. No, ale miała przecież książki. Mogła czytać i wyobrażać sobie, że zwiedza egzotyczne kraje. Potem wracała do domu i znów stawała się niewidoczna. Ciągle słyszała, że jej koleżanki umieją więcej, są ładniejsze, grzeczniejsze. Najgorsze jednak było, gdy mama za karę przestawała się do niej odzywać. Chyba wolałaby już dostać lanie niż czuć to spojrzenie. Przecież się starała. Chciała by kochali ją tak jak jego. Zazdrościła mu .  On nic nie musiał. To na nią krzyczeli  gdy nie posprzątała mu pokoju lub nie umyła naczyń. To jego chwalono przed rodziną. Ona miała być grzeczna i była. Nadal nie wspominała, że czasem jeszcze tam ją dotyka, że wkłada w  dziurkę palce i nimi porusza. Nie przyznała się że każe brać jej to coś w ręce i ruszać tak długo aż powie że dość albo każe jej brać do buzi choć się nie mieści. Wstydziła się. Czasem chciała spytać koleżanki czy jej bracia tez tak robią, ale wstydziła się. W szkole średniej wciąż trzymała się z boku. Miała niby koleżanki, ale.. One znały ją tylko, gdy czegoś chciały. Nigdy nie zaprosiły jej na żadną imprezę czy dyskotekę. No, ale wtedy miała już swój świat.
Wakacje.
Pierwszy wyjazd? Miała jakieś trzy lata. Jedyne, co z tego pamięta to panią, która ja straszyła, że jak nie będzie grzeczna to zje ją smok. Potem były ferie u ciotki. Była wtedy w czwartej lub piątej klasie. Ciocia przyjechała do nich do domu ze swoją córką. Tak bardzo chciała do nich jechać no i mama zgodziła się. Było już ciemno, gdy zajechały pociągiem do ich miejscowości. One wsiadły na rowery i pojechały a ona szła sama i beczała ze strachu. W koło były puste pola i stare wierzby. Było ciemno. No, ale te kilka dni były fajne. Ciocia trzymała konserwy z jedzeniem w studni i tylko je odgrzewała na piecu gdy robiła obiad. Kiedyś wzięła ją do miasta i kupiła preparowany ryż. Kolejny: Szósta klasa i zimowisko w górach. To był ośrodek wypoczynkowy. Trzy osobowe pokoje i codzienne wyjazdy na lodowisko. Pamięta jak bardzo nie chciała wracać. Potem był wakacyjny obóz nad jeziorem i pierwszy chłopak, który się nią interesował. Był pięć lat starszy. Kadry nie obchodziło, co robili, więc.. Pamięta jedno zdarzenie. Była dyskoteka i oboje poszli się przejść na pomost. Rozmawiali. Nie zauważyła że jest już późno. Potem pani strasznie na nią nakrzyczała a jej było tak strasznie wstyd. No przecież to nie była jej wina. Oni tylko rozmawiali.
UCZUCIA.
Miłość? Nie o tym nie chce mówić. Minęło tyle lat. Lepiej zagrzebać to z niepamięci. To nadal boli. Poza tym jednym razem nie potrafiła pokochać. No, ale nawet z nim gdy to robili nic nie czuła. Bardzo chciała, ale. Uczył ją przecież, co lubił, gdy mu robiła. Tak bardzo się starała. Nauczyła się udawać, że jest jej dobrze a on wierzył. Potem byli inni. Krótkie nic nieznaczące historie. Imiona bez twarzy. Oni wszyscy byli tacy sami. Żaden nie widział, że udaje. Może nie chcieli widzieć? Rzadko to robiła. Przez wiele lat prawie wcale. Była sama. Tak bardzo chciała by ktoś ja pokochał, ale oni wszyscy chcieli tylko jednego. Znów uciekała do swojego świata. Bywały dni, gdy nie chciała żyć. Chciała by to wszystko się wreszcie skończyło.Całe noce płakała w poduszę. Rano z uśmiechem szła do pracy. Grała. Kiedyś usłyszała, że jest duszą towarzystwa. Zdziwiła się. Ona? Kiedy? Nauczyła się być taka jak wszyscy. Jak kameleon. Niewidoczna. Zbudowała koło siebie mur. Za nim była bezpieczna. Tam mogła marzyć.
Związki.
Było On- jej miłość i On- porażka. Potem On –pomyłka. Kolejny On? To złudzenia.  Radość i wielkie rozczarowanie. Oni? Twarze bez imion. Fascynacje szybkie znudzenie. Z wiekiem było Ich coraz mniej. Nie było też przyjaciół. Jakieś luźne znajomości, które kończyły się równie nagle jak zaczynały. Tylko lat systematycznie jej przybywało. No i był jej świat. Tam była szczęśliwa.

Stara kobieta na chwilę oderwała się od wspomnień. Pies spał na posłaniu głośno pochrapując. Był tak jak ona stary i zramolały. No, ale był jedyną istotą, która ją kochała. Miała tylko nadzieje, że pies odejdzie przed nią. Nie chciała by wyładował w schronisku. Musiała  pozwolić mu odejść. Oddech psa powoli cichł a potem ustał. Potem odejdzie ona. Ciekawe czy ktoś to w ogóle zauważy? Od tak dawna nikt nie zapukał do jej drzwi. Stara kobieta sięgnęła po kubek z herbatą. Ostatni łyk i cisza. Kubek powoli wysunął się z jej bezwładnej dłoni a reszta napoju rozlała po podłodze. Zanim ktoś ja znajdzie pewno zostanie już tylko sucha plama. Wreszcie była wolna.



czwartek, 24 marca 2016

COŚ CZEGO NIE BYŁO

COŚ CZEGO NIE BYŁO
Byliśmy umówieni na przystanku tuż koło urzędu. Ruch w mieście o tej porze był już spory. Szum aut , gwar ludzkich rozmów działał na mnie usypiająco. Myśli błądziły gdzieś leniwie. Co jakiś czas spoglądałam na zegarek. Cholera. Znowu się spóźnia. Marek już tak miał że gdy czymś się zajął zapominał o bożym świecie. Na początku pracowaliśmy razem a potem . No cóż. Nagle jakiś dźwięk przykul moja uwagę. Pożar. Pożar. Wołali ludzie. Zrobiło się zamieszanie. Niedaleko przystanku po drugiej stronie ulicy zaczął płonąć dach na ganku starego rozpadającego się domu. Stal on lekko cofnięty w głąb ogrodu. Od dawna był pusty. Zaniedbana fasada całymi płatami spadała na podwórko. Coraz większe kłęby dymu niczym słup wznosiły się w niebo. Z wyciem sygnałów pojawiły się straż pożarna i karetka. Faceci w garniturach którzy nadjechali chwile potem czarnym cywilnym samochodem nerwowo kręcili się koło posesji. To dziwne. Takie zamieszanie dla starej ruiny? Nagle strażacy odziani w kombinezony zaczęli coś wynosić ze środka. Szczelnie zapakowane worki jeden po drugim pakowali szybko do samochodów. Dach ugaszono i samochody szybko odjechały. Podeszłam bliżej. Ciekawość nie dawała mi spokoju. Co oni tam znaleźli? Czyżby ktoś tam nielegalnie się wprowadził? Gdy chciałam podejść bliżej nagle z tłumu gapiów usłyszałam zduszony szept:
Nie radzę podchodzić. Zniknie pani tak samo jak wiele innych osób które interesowały się tym domem. Rozejrzałam się ale nie potrafiłam zlokalizować kto to do mnie powiedział. Po chwili nadjechał tramwaj i wysiadł z niego Marek a z nim jeszcze ktoś. Pomachali mi. Jeszcze raz rzuciłam okiem na dom po czym odwróciłam się i wróciłam na przystanek.
Cześć. Powiedział Marek. Długo czekałaś?
Chwilę . Odparłam .
Przepraszam ale nie mogłem dojechać wcześniej. Coś się działo po drodze.
Tak. Tamten dom zaczął się palić odparłam pokazując ręką na drugą stronę ulicy.
Wiesz to było dziwne. Nie daje mi spokoju że strażacy pojawili się tak szybko. Jeszcze raz spojrzałam na budynek. Ślady po pożarze tak jakby zaczęły znikać. Nawet smugi po dymie stały się jakby mniejsze. Wciąż przed nim stał ten prywatny samochód. Odwróciłam się do Marka . Przedstawisz mi swojego znajomego?
Marek zmieszał się i powiedział. Bardzo was przepraszam. Zagapiłem się.
To jest Wanda. Wanda przestawiam ci Krzysztofa. Podaliśmy sobie dłonie. Miło mi cie poznać. Powiedział Krzysztof miłym, miękkim głosem. Jego wzrok jednaj skierowany był na drugą stronę ulicy. Podążyłam za jego wzrokiem i zobaczyłam że samochód właśnie odjechał.
Słuchajcie zaproponował Marek. A może pójdziemy się rozejrzeć? Zrobimy kilka zdjęć i będziemy mieć materiał na reportaż. Krzysztof jeszcze raz rozejrzał się i cicho powiedział. Mam dla was coś o wiele ciekawszego. Pamiętacie to muzeum za miastem? Ta była fabrykę -spytałam.
Tak. Odparł Krzysztof.
Z tego co wiem dzieją się tam dziwne rzeczy. Może warto to sprawdzić.
Ok. Odparłam. Zrobimy sobie wycieczkę.
Tylko proszę was. Nie mówcie o tym że tam jedziecie nikomu -powiedział Krzysztof. Ekipa która ostatnio miała tam robić reportaż zniknęła i nikt nie wie co się z nimi stało. Pojedziesz z nami? Spytał Marek. Nie. Nie mogę. Ale proszę. Uważajcie na siebie. I jeszcze jedno. Zapomnijcie że widzieliście ten pożar. I nigdy ale to nigdy nie wchodźcie do tego domu.
Krzysztof pożegnał się i zaczął oddalać ale po chwili znów podszedł i dodał.
A tym domem nie interesujcie się dla waszego własnego dobra.
Odwrócił się , podbiegł do właśnie nadjeżdżającego autobusu i odjechał.
To twój znajomy? Spytałam Marka.
I tak i nie. Poznaliśmy się dawno temu a dziś wpadliśmy na siebie. Spytał czy wciąż pisze dla magazynu i czy interesuje się niewyjaśnionymi sprawami. No a potem przedstawiłem ciebie i resztę sama słyszałaś.
Więc może wybierzemy się za miasto spytałam?
OK ale nie dzisiaj. Jutro rano podjadę po ciebie . Musze przygotować sprzęt.
No a teraz porywam cie na kawę. Marek objął mnie ramieniem i poszliśmy do pobliskiej kawiarenki. Po kilku godzinach rozbawieni wróciliśmy na przystanek. Marek coś opowiadał i śmieliśmy się głośno. Ruch na ulicy był już mniejszy. Światło zachodzącego słońca załamywało się na dachach . Odruchowo spojrzałam na drugą stronę ulicy i zgłupiałam.
Marek spójrz. Na co? Spytał zajęty właśnie odsuwaniem włosów i całowaniem mnie w szyję.
Niecierpliwie odsunęłam się od niego i wskazałam palcem na dom. To niemożliwe.
Marek spojrzał we wskazanym kierunku początkowo nie rozumiejąc o co mi chodzi a potem stwierdził. Przecież to niemożliwe.
Gapiliśmy się na budynek który kilka godzin wcześniej płonął tylko że na dachu nie było żadnych śladów pożaru. Stał jak zwykle trochę w głębi ogrodu a na jego szybach ponuro odbijało się światło zachodzącego słońca. Spojrzeliśmy na siebie zdezorientowani.
Coś było nie tak.
Idziemy pozwiedzać? Marek mocno chwycił mnie za rękę i zaczął kierować się w kierunku przejścia dla pieszych. W tym momencie zauważyłam że pod dom znów podjechał ten sam cywilny samochód który stal tam wcześniej. Marek również zauważył samochód i przystanął, Coś mówiło nam że nie powinniśmy się tam zbliżać. No przynajmniej teraz. Spojrzeliśmy na siebie . Wiedzieliśmy że prędzej czy później pójdziemy tam i sprawdzimy.

Na drugi dzień ramo Marek już o świcie podjechał pod mój dom. Wstawaj śpiochu zawołał od drzwi. Rozespana odpowiedziałam:
Spać nie możesz? Najpierw muszę napić się kawy.
Ok. To ja zrobię kawę a ty idź i się ubierz stwierdził Marek.
Po chwili wykąpana i ubrana zeszłam do kuchni. Roznosił się po niej smakowity zapach .Marek właśnie smażył jajecznice.
Wczoraj pobuszowałem trochę w sieci. Szukałem czegoś na temat tego domu. To dziwne . Tyle ludzi widziało pożar a nie ma na ten temat żadnej wzmianki. Żadnej informacji.
Marek podając mi kubek spytał. Ty widziałaś to od początku. Co tam się faktycznie stało?
Pijąc aromatyczny płyn małymi łyczkami zaczęłam wracać w pamięci do wczorajszego dnia.
Usłyszałam krzyk i zobaczyłam jak zapala się dach a chwilę potem pojawiła się straż , pogotowie i to czarne auto. Masz racje to dziwne bo żaden z gapi nie ruszył się pod ten dom. Wszyscy stali na przystanku i nawet nikt nie komentował. No a potem ci w kombinezonach zaczęli coś wynosić z tego budynku i odjechali. Spojrzeliśmy na siebie z Markiem. Oboje wiedzieliśmy że to niemożliwe żeby spalony dach sam z siebie nagle się naprawił. Nawet smrodu spalenizny nie było czuć w powietrzu. Opowiedziałem o tym pożarze koledze z redakcji -Marek rozkładając śniadanie na talerze kontynuował . Kumpel miał tam wczoraj pojechał ale dziś od rana nie mogę się z nim skontaktować. Może jest poza zasięgiem? Zadzwonię do niego po powrocie. Może wtedy odbierze.
A mnie przypomniał się szept który usłyszałam na przystanku:Ne radzę. Zniknie pani jak inne osoby. Opowiedziałam o tym Markowi. Zaniepokoił się ale po chwili stwierdził. Bez przesady. Na pewno nic się nie stało.
Po chwili zapakowaliśmy się do samochodu i pojechaliśmy pod zamkniętą fabrykę.
Pogoda była piękna. Ciepły letni dzień zachęcał do spacerów. Droga przez las była pusta. Pilnuj mapy żebyśmy nie zbłądzili. Tamtego odcinka drogi nie ma naniesionego na nawigację stwierdził Marek. Skąd wiesz?Krzysztof mi mówił. Czym on się właściwie zajmuje? A wiesz że nie wiem? Pytałem ale zbył mnie więc nie cisnąłem.
Za kolejnym zakrętem drogi zobaczyliśmy rozwidlenie. Na jednej z dróg był szlaban i napis: Zakaz wjazdu.
To ta droga. Jestem pewien.
Marek zatrzymał samochód, odsunął szlaban , przejechał i znów go zasunął.
To dziwne. Jest tu muzeum a nie można do niego dojechać mruknął pod nosem i pojechaliśmy dalej.
Kilka kilometrów dalej droga asfaltowa zmieniła się w polną a potem w ścieżkę. Zostawiliśmy samochód i dalej poszliśmy pieszo.
Z za drzew widać było zaniedbane budynki. Nigdzie nie było ogrodzenia ani żadnych ludzi. Weszliśmy na teren budowy. Chodniki porośnięte były trawą a na uliczkach walały się połamane konary i stare liście. Budynki sprawiały wrażenie zaniedbanych i opuszczonych. Wyciągnęłam aparat i zrobiłam kilka zdjęć. Słońce załamywało się na rozbitych szybach. Jakiś dźwięk przykuł moją uwagę. Jednostajny, cichy i dziwny. Słyszysz? Marek przytaknął i poszliśmy w jego kierunku. W kolejnej hali ktoś wyrwał drzwi. Wisiały zawieszone na jednym zawiasie. Dookoła walały się skieły gruzu. To nie może być to muzeum o którym opowiadał Krzysztof. Musieliśmy pomylić drogi. Niemożliwe odparł Marek. Krzysztof dokładnie opisał mi jak tu dojechać. Nagle z dachu tuż przed nami spadł spory kawal cegły. Okruchy rozprysnęły się wszędzie dookoła. Odskoczyłam przestraszona na co Krzysztof roześmiał się w głos. Panikarz! Walnęłam go w ramię i poszliśmy dalej. Dźwięk stawał się coraz głośniejszy i wyraźniejszy. Coś mnie zastanowiło. Zauważyłeś że nigdzie nie słychać ptaków? Jesteśmy w lesie a tu jest tak strasznie cicho. Faktycznie. To dziwne. Zza rogu budynku wyłonił się fragment muru przedzielający drogę. W przeciwieństwie do tego co widzieliśmy wcześniej mur był prawie nowy.
Stanęliśmy zdziwieni. Co jest?
Powoli posuwaliśmy się wzdłuż niego. Nigdzie nie widać było żadnej bramy, żadnego wejścia.
Marek rozejrzał się i wskazując na drzewo powiedział. Poczekaj. Z tego konaru powinienem wspiąć się na gorę. Podskoczył raz i drugi. Chwytając niższych konarów wspiął na drzewo a potem wskoczył na mur. Nachylając się podał mi rękę i powiedział. Chodź. Pomogę ci się wspiąć.
Po chwili Byliśmy już po drugiej stronie. Budynki tam były równie zaniedbane jak te wcześniejsze. Na ulicy leżał martwy ptak. Zeskoczyliśmy z muru i poszliśmy dalej. Dźwięk tu był bardzo intensywny. Budził we mnie dziwny niepokój którego nie potrafiłam wytłumaczyć. Czułam że nie powinniśmy iść dalej ale ciekawość była silniejsza.
Za kolejnym zakrętem wyłonił się budynek . Wyrwane drzwi, porozbijane okna i zmiażdżony pod gruzem samochód sprawiały koszmarne wrażenie. Odruchowo zrobiłam kilka zdjęć i podeszliśmy bliżej. Nigdzie nie widać było nikogo a mimo to wewnątrz coś się działo. Suwnica z jękiem przesuwała się tam i z powrotem a młot uderzał w przesuwające się po taśmie elementy. W kącie hali zobaczyłam coś co wyglądało bardzo znajomo. Worki które wczoraj wynosili z tamtego domu. Już miałam podejść gdy nagle usłyszeliśmy w oddali ale szybko zbliżające się wściekłe ujadanie psów. Szlag. Wiejemy. Nie było czasu na zdjęcia, na myślenie. Wściekły warkot był coraz bliższy. Musimy wydostać się za mur. Marek dyszał ciągnąc mnie z sobą. Zobacz. Tam jest jakieś rusztowanie. Pobiegliśmy w tamtym kierunku. Za plecami czułam zbliżające się niebezpieczeństwo. W ostatniej chwili podciągnęliśmy się do góry. Na dole stado psów ujadając próbowało wspiąć się za nami. Olbrzymie bestie z pieniącą się na pyskach śliną. Teraz rozumiem dlaczego tego nikt nie pilnuje Marek dyszał usiłując złapać oddech . Zobacz. Tam dalej jest mur. Jeśli przeskoczymy to będziemy uratowani. Wspięliśmy się jeszcze wyżej aż do wysokości dachu a potem ślizgając po zgniłych liściach i mchu przesunęliśmy się na kraj budynku i skoczyliśmy . Udało się . Wylądowałam na kolanach na wilgotnym mchu. Tuż za mną wylądował Marek . Kurwa. Ale się wystraszyłem. Co to kurwa było? Ja pierdolę.
Przestań kląć. Poprosiłam. Musimy dotrzeć do samochodu. Pamiętasz gdzie jest droga?
Marek rozejrzał się . Las w tym miejscu wyglądał zupełnie inaczej. Między krzakami świeciły się lusterka wody. Wstaliśmy. Trzeba stąd spadać. Marek zrobił kilka kroków i po kostki zapadł się w błoto. Uważaj . To mokradła. Spanikowana rozglądałam się dookoła, Z jednej strony mokradła a z drugiej skowyt rozwścieczonych psów. Bałam się. To miała być tylko wycieczka. Nie możemy iść przez las. Musimy wrócić. Jak to sobie wyobrażasz? Łzy stały mi w oczach, Marek przytulił mnie i powiedział. Spokojnie. Damy sobie radę. Z plecaka wyciągnął nuż i ściął z rosnącego obok krzaka długą gałąź. Tam dalej wygląda na to że jest bardziej sucho. Będziemy sprawdzać teren przed nami. Marek zaczął ostrożnie iść ledwo widoczną ścieżką sondując kijem teren przed sobą. Pogoda zaczęła się zmieniać. Na niebie pojawiły się chmury i zrobiło się chłodniej. Mam nadzieje ze nie będzie padać. Marek spojrzał na mnie ale nie odezwał się słowem wciąż skoncentrowany na badaniu gruntu. Drzewa stawały się gęstsze. Gdzieś między nimi nagle coś mignęło. Marek . Spójrz. Co to jest? Kolorowy kawałek czegoś mienił się w promieniach słońca . Podejdźmy i zobaczmy. Powoli krok za krokiem zmierzaliśmy w tamtym kierunku. Im byliśmy bliżej tym bardziej irracjonalny lek . Coś było nie tak. Bardzo nie tak. Marek zrobił kolejny krok i nagle zapadł się po kolano. Zachwiał i runął do przodu. Z głośnym plaskiem wylądował w błocie. Im bardziej starał się wstać tym głębiej brnął w cuchnącej ,śliskiej mazi. Złapałam go za bluzę i zaczęłam ciągnąć w swoim kierunki. Po chwili ostatkiem sil szarpnęłam i Marek uchwycił rosnącą gałąź i wydostał się na ścieżkę. Plama zamigotała w gdy chmury zakryły słońce nagle zniknęła. Marek ciężko oddychając powiedział. Musimy wrócić. Szczekanie za murem jakby ucichło. Może psy odeszły? Powoli krok za krokiem wracaliśmy po własnych śladach. Było coraz zimniej a może to mnie się wydawało że jest chłodniej bo zmęczenie zaczęło dawać o sobie znać. Pod murem zaczęliśmy szukać czegoś po czym można by się było wspiąć. Gdy bezradnie rozglądałam się wkoło nagle zobaczyłam coś jakby prześwit. Zobacz. Tam coś jest. Marek spojrzał we wskazanym przeze mnie kierunku . Tam jest chyba przejście. Chodź. Zobaczymy. Faktycznie w murze była jakby furtka. Lekko uchylna jakby zapraszała do wejścia. Przecisnęliśmy się przez szparę i znów zobaczyliśmy ponure budynki fabryki. Cały czas słychać było ten sam uporczywy , jednostajny dźwięk pracujących urządzeń. Ostrożnie posuwaliśmy się naprzód w każdej chwili gotowi do ucieczki . Psów nigdzie nie było widać. Nagle zapadła cisza. Bez ostrzeżenia wszystko w koło zamarło. Stanęliśmy . Ta cisza była bardziej przerażająca niż dochodzące poprzednio dźwięki. Marek pociągnął mnie za sobą i schowaliśmy się za wyrwanymi z zawiasów i opartymi o ścianę drzwiami hali. Ostrożnie zaglądnęliśmy do środka. Taśma stała zarośnięta pajęczynami. Suwnica krzywo wisiała i w każdej chwili mogła spaść. Spojrzałam tam gdzie wcześniej leżały worki. Zniknęły. Tylko jasna plama stanowiła dowód że tam coś było. Nagle gdzieś wśród drzew zaczęły śpiewać ptaki. Powoli krok za krokiem zmierzaliśmy w kierunku gdzie zostawiliśmy samochód. Nagle usłyszeliśmy huk i potem jakby jęk. Puściliśmy się biegiem w tamtym kierunku. To drzwi sąsiedniego budynku odpadły z zawiasa i jęczały kołysząc się pod wpływem własnego ciężaru. Rozejrzeliśmy się ale nigdzie nie widać było zgniecionego samochodu. Niemożliwe żebyśmy zabłądzili. To gdzieś tutaj przeskakiwaliśmy przez mur tyle że po murze tez nie było śladu. Nagle tuż przed sobą zobaczyłam coś co przykuło moją uwagę. Na skraju lasu stał ten sam czarny samochód co przed płonącym domem. Stój. Szepnęłam cicho do Marka. Zobacz- wskazałam mu samochód ręką. Stojąc w cieniu budynku patrzyliśmy jak dwie ubrane w kombinezon osoby pakowały coś do bagażnika. To wyglądało jak tamte worki.
Po chwili samochód odjechał a my już bez przeszkód doszliśmy do samochodu. Jedźmy stąd. Marek wyrzucając strumienie żwiru spod kół wyjechał na drogę a potem w kierunku miasta. Po dłuższej chwili zatrzymał się na poboczu i powiedział. Możesz teraz ty poprowadzić? Źle się czuję. Faktycznie pot perlił mu się na czole a w miejscu gdzie ręka ubrudzona była błotem widniały paskudne krosty. Jedziemy do szpitala. Po godzinie Marek leżał pod respiratorem. Jego serce zatrzymało się ale lekarzom udało się go odratować. Był w śpiączce. Zmęczona siedziałam pod salą. A nie mówiłem żeby tam nie wchodzić? Usłyszałam znajomy głos. Otwarłam oczy i spojrzałam w kierunku skąd dochodził głos ale oprócz stojącej na drugim końcu korytarza pielęgniarki nie było tam nikogo. Musiałam się zdrzemnąć pomyślałam . Wstałam i zajrzałam do sali. Była pusta. Przerażana zawołałam pielęgniarkę i spytałam o Marka. Pielęgniarka zdziwiona spojrzała na mnie i powiedziała. Tu nikogo takiego nie było a pani przyszła kilka minut temu. To niemożliwe. Przecież Marek leżał w tamtej sali. Sama go tu przywiozłam. Pielęgniarka zaniepokojona moim stanem wezwała lekarza a ten zaaplikował mi coś na uspokojenie. Obudziłam się na szpitalnym łóżku. Przez okno wpadały promienie słońca. Próbowałam wstać ale osłabiona opadłam z powrotem . Prószę leżeć. Lek jeszcze działa i może się kręcić pani w głowie. Pielęgniarka podeszła do mnie i zbadała puls potem coś zanotowała w karcie. Co się stało? Spytałam.
Przyszła pani do szpitala i zemdlała. A Marek? Co z Markiem? Przywiozłam go przecież. Była pani sama odparła pielęgniarka i wyszła z sali. Na drugi dzień wróciłam do domu. Cały czas próbowałam dodzwonić się do Marka ale telefon nie odpowiadał. Z torby wyjęłam aparat fotograficzny chcąc przejrzeć zdjęcia. Karta była pusta. Niemożliwe. To niemożliwe.
Kilka dni później spotkałam na mieście Krzysztofa. Cześć Krzysztof zawołałam . Odwrócił się zdziwiony. My się znamy? Jak to? Nie pamiętasz? Kilak dni temu przedstawił nas sobie Marek. Krzysztof zbladł i przez zaciśnięte wargi wysyczał. Zamknij się. Rozejrzał się dookoła i wszedł do bramy. Weszłam tam za nim. Krzysztof nerwowo rozglądając się dookoła powiedział. Zapomnij o mnie, zapomnij o Marku, zapomnij o tym co widziałaś.
Nie rozumiem. Nie musisz. Grunt że tego wszystkiego nie było. Krzysztof odwrócił się na pięcie i wyszedł . Wracając do domu przechodziłam kolo przystanku gdzie wtedy umówiłam się z Markiem. Odruchowo spojrzałam w kierunku domu. Otaczał go szczelny metalowy plot a niedaleko bramy stal czarny samochód. Przez moment wydawało mi się ze na fotelu pasażera zobaczyłam Marka. Niestety przejechał tramwaj a gdy znowu spojrzałam w tamta stronę samochodu już nie było. Za plecami usłyszałam znajomy głos. Przecież ostrzegałem że tak będzie. Nie obejrzałam się. Przerażona prawie biegiem wskoczyłam do autobusu i odjechałam. Potem wielokrotnie szukałam miejsca gdzie była fabryka. Usiłowałam tez dostać się do tamtego domu ale za każdym razem coś mi w tym przeszkadzało. Znajomy który tam poszedł zaginął bez śladu tak jak Marek. Potem zapomniałam o tym co się zdarzyło. Tylko w nocy budziłam się krzycząc gdy śniły mi się koszmary. W workach widziałam coś czego nie potrafiłam rozpoznać ale czego bardzo się bałam. Czułam że kolejne spotkanie z ludźmi z samochodu skończy się tragedią .Minęło kilka lat. Siedząc w fotelu z filiżanką kawy nagle usłyszałam dzwonek do drzwi. Zdziwiona bo na nikogo nie czekałam otwarłam drzwi. Za nimi stal Marek. Jego oczy były puste. Wszystko wkoło zawirowało i upadłam. Nie widziałam już że z za niego wysunęli się inni którzy zapakowali mnie do worka i zabrali z sobą.




poniedziałek, 16 marca 2015

NASURI
Nasuri z siłą wodospadu wdarła się do mojego życia.Musisz mi pomóc prosiła przez telefon. Nie możesz mi odmówić. Ogłuszona i zdezorientowana próbowałam przerwać potok slow.
Dobrze, dobrze ale o co chodzi? W czym mam ci pomóc?
Musisz mi dziś towarzyszyć na spotkaniu, To dla mnie bardzo ważne. Nie mogę tam iść sama.
Zwariowałaś? Jak ty to sobie wyobrażasz? Znów usiłowałam przerwać jej potok słów.
Wyobraziłam sobie jak Nasuri spaceruje po pokoju w tym swoim pięknym kimonie i nerwowo pociąga za kosmyk włosów. Coś musiało się stać skoro ta spokojna zazwyczaj kobieta znajdowała się na granicy histerii. Nigdy jeszcze nie słyszałam jej tak zdenerwowanej.
Spokojnie. Będzie dobrze. Proszę cię. Pomóż mi.

Obca kobieta z ostrym makijażem , w wyzywającej sukience patrzyła na mnie w lustrze moimi oczami. Chyba zwariowałam.
No cóż było za późno.
Nasuri jak zwykle wyglądała zjawiskowo. Jej egzotyczna uroda przyciągała spojrzenia.
Wchodziłyśmy do lokalu. Nasz zamówiony stolik znajdował się na piętrze na wprost schodów.
Stamtąd będziemy wszystko dobrze widzieć. Prawda? Nasuri paplała jak najęta. Widać że była zdenerwowana. To musiał być ktoś wyjątkowy skoro jej profesjonalizm wyparował w jednej chwili.
Mimo iż nalegałam nie chciała zdradzić mi z kim jest umówiona. Każde pytanie zbywała niefrasobliwym machnięciem dłoni.
Pamietaj. Gdy podejdą przywitasz się, zostaniesz z nami jeszcze chwile a potem jeśli zechcesz pod jakimś pretekstem możesz odejść.
Jeśli zechce? Gdybym mogła zwiałabym stamtąd od razu.


Nagle zobaczyłyśmy mężczyzn wchodzących do lokalu. Było ich trzech ,Jeden z nich wydawał mi się dziwnie znajomy. Najstarszy z nich zauważył Nasuri i pomachał w jej stronę.
To coś w sylwetce. Czyżby? Serce jak oszalałe zaczęło wręcz wyrywać się z piersi. Splotłam dłonie by nie było widać jak mi się trzęsą. Co się dzieje? To przecież nie możliwe. To nie może być on.
Mężczyźni pogrążeni w rozmowie wchodzili po schodach a ja wiedziałam że nie dam rady. Zadanie o które poprosiła mnie Nasuri przerosło mnie zanim zaczęłam je wykonywać. Niestety było już za późno by się wycofać.

Nasuri entuzjastycznie przywitała się z starszym z mężczyzn i poprosiła by usiedli. Ja z wzrokiem wbitym w ziemię starałam stać się niewidoczna.
To był on. Uczucia jak lawina wróciły ze zdwojona siłą.
Witaj. Usłyszałam miękki ale męski i ciepły głos. To był jego głos.
Zerwałam się od stolika i wybiegłam. Nie obchodziło mnie co pomyślą ludzie. Nasuri pobiegła za mną.
Co się stało? Źle się czujesz? Coś nie tak?
Nie byłam w stanie jej odpowiedzieć. Rozpalone czoło oparłam o chłodną ścianę. Nie potrafiłam jej wytłumaczyć że zakochałam się i to w kimś kogo w ogóle nie znałam. Widziałam że to on. On na całe życie.

Obudził mnie dźwięk telefonu. Natarczywy, uparty.
Słucham:
Przepraszam że cię budzę usłyszałam w słuchawce głos Nasuri ale mam do ciebie prośbę. Czy mogłabyś mi pomoc?
Zimny pot skroplił się na moim czole.
W czym ? Co dla ciebie mogłabym zrobić?
Wiesz. Umówiłam się ze znajomymi i chciałabym żebyś mi towarzyszyła. To bardzo mili ludzie.
Jak w zwolnionym filmie wrócił sen.
To niemożliwe. Ten sam lokal. Rozentuzjazmowana Nasuri i ten mężczyzna. Znajomy ze snu. Spojrzenie którego się nie zapomina.
Coś mnie obudziło.

Z zamkniętymi oczami na wpół przebudzona próbowałam jeszcze tam wrócić by go zobaczyć. Niestety, sen odszedł. Sięgnęłam po telefon.Na ekranie wyświetliło się znajome imię .Jego imię.

wtorek, 3 czerwca 2014

Znów śniły się jej koszmary. Kolejna niespokojna noc która nie przynosi ukojenia. Za oknem budził się świt. Obłoczki mgły snuły się nad trawą. Odruchowo sięgnęła po szklankę z wodą. Jej  dotyk tak cudownie chłodził rozgrzany policzek. Usiłowała sobie przypomnieć sen lecz on podobnie jak opary mgły szybko rozpływał się w bladym świcie pozostawiając za sobą tylko zimne i nieprzyjemne uczucie niepokoju. Pamietała tylko strach przed wejściem do tamtego domu. Kiedyś w nim mieszkała. Tyle wspomnień, tyle wylanych łez. Za oknem śpiewał jakiś ptak.  Zapomnieć, wymazać to wszystko z pamięci. Czy to tak wiele? Chciała tylko znów normalnie żyć. Bez strachu o jutro, bez nocnych koszmarów. Ile to już lat? Wydawało się że tamte chwile to już przeszłość a teraz znów powróciły. Tit, tak. Zegar bezlitośnie odmierzał minuty, godziny, dni. Wolnym, ruchem podniosła szklankę do ust i wypiła łyk wody. Równie spokojnie odstawiła szklankę i ułożyła głowe na poduszce. Spać. Chciała tylko zasnąć. Tym razem bez snów.
Zegar z głośnym terkotem obwieścił poranek. Niczym zaprogramowany robot wstała i poszła do kuchni i zaparzyła sobie kawę. Kolejny dzień. Byle tylko przetrwać . Włączyła radio. Ktoś coś mówił lecz do niej docierały tylko echa. Idealnie zagłuszały panującą ciszę stwarzając wrarzenie że nie jest sama. Kiedyś było inaczej. Kiedyś które przeminęło pozostawiając po sobie brudny osad wspomnień. Za chwilę zacznie się kolejny dzień. Jakoś go przetrwa. Roboty przecież nie mają uczuć. Patrzyła na swoje odbicie w lustrze. Obce, zimne oczy. Makijarz skrywał sińce pod oczami. Jeszcze tylko chwila . Tam za drzwiami czeka kolejny dzień.
Uśmiechnięta wkroczyła do biura. Kolejna kawa, ploteczki przy czajniku. Perfekcyjnie zagrana rola.
Sztuka udawania opanowana do perfekcji. Świat kręci się dalej. Kiedy ostatni raz była sobą? Tu i teraz. Zaprogramowany robot bez uczuć , marzeń i planów na przyszłość. To luksus na który nie może sobie pozwolić. Tu i teraz. Prozaiczne codzienne czynności. Dopracowany do perfekcji plan dnia nie pozostawiający czasu na myślenie.Ona , ta w środku wyje z rozpaczy waląc zakrwawionymi pięściami w mur który ją otacza. Ona ta na zewnątrz z grzecznym uśmiechem omawia jakąś służbową sprawę. Idealna kontrola siebie. Żadnych emocji i uczuć. Perfekcjonistka.
 Ludzka rzeka rozlewa się na chodniku obojętnie mijając wysepkę samotności. Z dumnie uniesioną głową i pustym spojrzeniem idzie przed siebie. Jak doskonale zaprojektowany robot. Może inni też udają? Może kiedyś odnajdzie to coś w spojrzeniu mijanej osoby.  Może. Ma ochotę krzyczeć. Emocje wzbierają zatrzymując łzy za tamą powiek.

Dom. Tam znów będzie mogła być sobą. Za zamkniętymi drzwiami .Bez widzów oceniających każdy zrobiony krok. Jeszcze chwila a potem noc i sen . Sem bez bez koszmarów. Ukojenie.