poniedziałek, 23 kwietnia 2012




MIASTECZKO CIENI
Szli przez miasto. Dziwnie puste, mimo
że dzień był piękny. Coś niepokojącego wyczuwało się w powietrzu. Auta powolnym rytmem sunęły ulicą. W wystawach sklepowych odbijało się zachodzące słońce. Nagle gdzieś z za rogu usłyszeli dziwne odgłosy podobne do krzyków. Po chwil z za rogu na końcu ulicy, którą szli zaczęli wynurzać się ludzie. Szli zwarta grupą. Z daleka wyglądali jak jedna kłębiąca się masa. Poczuła strach. Puste chodniki i nagle to?
-Widzia
łeś? Spytała.
-Tak. Wygl
ądają jak banda kiboli. Odparł.
-Wiesz, mo
że lepiej wejdźmy gdzieś? Zobacz. Tam jest sklep.
Przeszli na druga stron
ę ulicy. Nad sklepem widniał szyld ” U LILI” Weszli do środka. Nad drzwiami odezwał się dzwonek. Ekspedientka zajęta układaniem towaru nie zwracała na nich uwagi. Oprócz nich nie było w środku nikogo. Spacerując miedzy regałami nasłuchiwała odgłosów z zewnątrz. Krzyki stawały się coraz głośniejsze.
-Boje si
ę.- Zwróciła się do swojego przyjaciela.
-Spokojnie. Nic nam nie grozi.-Odpowiedzia
ł uspokajająco głaszcząc jej dłoń.
Nagle tuz za ich plecami us
łyszeli cichy głos.
-Dzie
ń dobry. Czy jest woda do gotowania?
Oboje jak na komend
ę odwrócili się w stronę głosu. Stała przed nimi szczupła nastolatka z jasnymi włosami i błękitnymi oczami. Jasny podkoszulek i sprane dżinsy idealnie podkreślały jej kolor oczu.
-Woda, do czego?- Spyta
ła kobieta odruchowo cofając dłoń z ręki mężczyzny.
-Woda do gotowania-Powtórzy
ła spokojnie nastolatka.
Kobieta rozejrza
ła się po sklepie, ale ekspedientka gdzieś zniknęła.
To dziwne. Chwile temu przecie
ż układała towar. Kobieta była pewna, że, gdy weszli do sklepu nie było tu oprócz nich nikogo a nikt przecież po nich już nie wchodził, więc skąd wzięła się ta dziewczynka? Może wyszła z zaplecza? Może to córka ekspedientki?
Kobiecie wydawa
ła się to dziwne.
-Woda jest tam- M
ężczyzna wskazał na regał.
-Ona jest w butelkach. Butelki nie da si
ę zagotować.-Odparła dziewczyna.
-Ja potrzebuje wody do gotowania.
Kobieta przygl
ądała się nastolatce. Było w niej coś dziwnego, coś nieuchwytnego. Coś ja w niej niepokoiło. Może to te olbrzymie niebieskie oczy? A może to, że gdy dziewczynka odezwała się krzyki na zewnątrz ucichły?
Co
ś dziwnego wyczuwało się w powietrzu. Jakby napięcie skumulowało się w charakterze jakiejś niewidocznej chmury.
-Kochanie. Wod
ę możesz przelać do garnka lub czajnika i zagotować.- Kobieta czuła absurdalność sytuacji.
-Nie sprzedaje si
ę gotowanej wody.
A cha. A mama zawsze mówi
ła żebym piła tylko gotowaną a mnie chce się pić.
Kobieta wzi
ęła z półki mała butelkę wody i podała dziewczynce.
- T
ą możesz wypić. Proszę weź a ja zapłacę.
-Dzi
ękuje ci.- Powiedziała dziewczynka. Wzięła butelkę i wypiła łyk.
Nagle na ulicy us
łyszeli jakiś hałas. Odwrócili się w stronę wystawy, ale za oknem nic ciekawego się nie działo.
Samochody nadal wolno jecha
ły przed siebie a chodnik wydawał się całkiem pusty.
Kobieta odwróci
ła się w stronę dziewczynki, ale ta gdzieś zniknęła.
Kobieta i m
ężczyzna spojrzeli na siebie i wybuchnęli śmiechem.
-Wiesz. To by
ło głupie. -Powiedział mężczyzna.
-Masz racje.- Odpar
ła kobieta.
-Zap
łacę tylko i chodźmy stad zaproponował mężczyzna.
M
ężczyzna rozejrzał się, ale ekspedientki nadal nigdzie nie było widać. Położył wiec pieniądze na ladzie i biorąc za rękę kobietę ruszył w kierunku drzwi.
Nagle zatrzymali si
ę oboje. Coś ich zaniepokoiło. To ta cisza. Tak jakby cały ruch na ulicy zamarł.
-Tam jest niebezpiecznie. -Us
łyszeli szept.
Odwrócili g
łowy. Wciśnięta za regał tak jakby chciała się za nim schować stała blada, trzęsąca się ekspedientka.
-Oni tam s
ą.- Szepnęła.
-Jacy oni?- Spyta
ł mężczyzna.
-Oni.- Szepn
ęła ekspedientka i nagle osunęła się na podłogę.
Kobieta podesz
ła do niej i dotknęła jej czoła.
-Jest rozpalona i chyba nieprzytomna.- Powiedzia
ła
-Trzeba jej pomóc. -Doda
ła.
-Po
łóżmy ją na tamtych kartonach.- Mężczyzna wskazał ręką w kierunku zaplecza.
-Tam b
ędzie wygodniej.
Kobieta i m
ężczyzna podnieśli nieprzytomna ekspedientkę i przenieśli na kartony.
-Zadzwo
ń po pogotowie.
M
ężczyzna wyciągnął z kieszeni telefon, wybrał numer, ale w słuchawce usłyszał tylko ciszę.
-Tu nie ma zasi
ęgu.-Stwierdził.
-Wyjd
ę na ulice i z stamtąd zadzwonię.
Kobieta w tym czasie zwil
żyła pod kranem chusteczkę i przecierała rozpalone czoło ekspedientki.
-Tylko pospiesz si
ę.-Poprosiła.
M
ężczyzna skierował się w stronę drzwi. Im bliżej podchodził tym większy czuł opór przed dotknięciem klamki.
-Bzdury.- Wymamrota
ł pod nosem sam do siebie.
-Czego si
ę boję? Tam nic nie ma.
Jednym szybkim ruchem z
łapał za klamkę, otwarł drzwi i wyszedł.
Kobieta us
łyszał najpierw dźwięk zamykanych drzwi a potem straszny, wręcz nieludzki krzyk. To krzyczał jej partner.
W tym samym czasie ekspedientka poruszy
ła się i zajęczała.
- O Bo
że. To znów się dzieje.
Kobieta zerwa
ła się chcąc biec w stronę drzwi. Nagle na jej dłoni zacisnęła się wilgotna dłoń i usłyszała:
-Nie pomo
żesz mu. Zostań!
Kobieta wyrwa
ła dłoń i podbiegła w stronę drzwi. Wydając przez szybę krzyczała:
-Jeste
ś tam? Co się stało? Kochanie!
Za oknem widzia
ła jednak tylko mgłę. To dziwne. Pomyślała. Przed chwila świeciło przecież słońce.
Dotkn
ęła klamki. Coś było nie tak. Poczuła straszny, obezwładniający strach. Powinno być słychać ruch uliczny a na zewnątrz panowała zupełna cisza.
-Jeste
ś tam? Krzyknęła przez drzwi.
-Prosz
ę, odezwij się.- Wołała coraz bardziej histerycznym głosem.
Z
łapała za klamkę.
-Nie rób tego. –Us
łyszała za plecami głos. To był głos dziewczynki. Dziewczynki od wody do gotowania.
-Je
śli wyjdziesz zabiją cię tak jak jego. Są głodni. -Dodała.
Kobieta odwróci
ła się. Katem oka dostrzegła, że ekspedientka nadal leży bez ruchu.
Dziewczyna sta
ła tuż przed nią.
-Sk
ąd tu się wzięłaś? Gdzie jest mój przyjaciel? Szlochając krzyczała kobieta.
-Jego ju
ż nie ma. –Lakonicznie odparła dziewczyna.-Jeśli wyjdziesz spotka cię ten sam los. Tu na razie jesteś bezpieczna.-Dodała.
-Ale ty…, Ale on…- Zacz
ęła kobieta.
- By
łaś dla mnie miła. Pomogę ci.- Przerwała jej dziewczyna.
- Kim jeste
ś?- Spytała kobieta.- Jedna z nich?
- Nie. Jestem…. –Nie doko
ńczyła, bo ekspedientka znów zajęczała.
- Nie. Nie! Zostawcie mnie!- Nieprzytomnie mamrota
ła rzucając się po kartonach.
-Trzeba jej pomóc.- Powiedzia
ła kobieta.
- Jej nie da si
ę już pomóc. – Wzruszając ramionami odpowiedziała dziewczyna.
- Zmienia si
ę.
- Jak masz na imi
ę? Skąd się tu wzięłaś? Co to znaczy ze się zmienia?- Pytała kobieta nadal stojąc przy drzwiach.
- Kiedy
ś miałam na imię Ina.
- Mia
łaś?
- Tak. Mo
żesz mówić do mnie Ina.
- A ty? Jak mam do ciebie mówi
ć?- Spytała dziewczyna.
-Maria. Mój przyjaciel ma na imi
ę Jan.
Maria znów odwróci
ła się w kierunku drzwi i zawołała.
- Janku, jeste
ś tam?
Za drzwiami panowa
ła zupełna cisza.
- Jego ju
ż nie ma. Tłumaczyłam ci przecież.- Powiedziała Ina.
- Poszukajmy go. Na pewno tam jest. Mo
że szuka zasięgu…Trzeba wezwać pomoc.
Maria znów dotkn
ęła klamki. Spocona dłoń osunęła się po chłodnym metalu. Od drzwi powiało zimnem.
-Jak w taki ciep
ły dzień może być tak zimno?- Gdzieś w głowie kołatała się myśl.- To niemożliwe.
Ina delikatnie uj
ęła dłoń Marii i odciągnęła ja od drzwi.
- Oni ci
ę wyczują, jeśli będziesz zbyt blisko.
-Oni?
-To nie czas na t
łumaczenia. Są coraz bardziej niebezpieczni. Odsuń się od drzwi. Musimy je zamknąć.
Ale Jan zaraz wróci.- Maria uporczywie usi
łowała wyprzeć z pasieki upiorny krzyk jej partnera.
Ina rozejrza
ła się po sklepie i dostrzegła stojącą nieopodal drzwi małą lodówkę z napojami.
- Pomó
ż mi ja przesunąć.-Zimno powinno ich zmylić.
Obie z ca
łych sił pchnęły lodówkę.
-Ale…, Znów zacz
ęła kobieta.
-Chcesz
żyć? To rób, co mówię.- Zirytowała się dziewczyna.
- Ludzie s
ą tacy ograniczeni. -Dodała.
Ekspedientka g
łośniej zajęczała. Po chwili chwiejnie usiadła na posłaniu i spytała:
-Co si
ę stało? Gdzie jest ten mężczyzna?
- Zas
łabła pani a mój przyjaciel poszedł wezwać pomoc. Za raz powinien wrócić. Zrobiła się mgła więc może zabłądził i nasz teraz szuka.
- O Bo
że! Znowu!- Ekspedientka zaniosła się szlochem. Kiedy to się wreszcie skończy?
-Co znowu? Co tu si
ę dzieję? Ja nic nie rozumiem!- Kobieta znów zaczęła krzyczeć zmierzając w stronę drzwi.
-Janku, jeste
ś tam? Odezwij się! To nie jest śmieszne!
Za drzwiami by
ło podejrzanie cicho. Nie było słychać absolutnie nic a przecież powinno być słychać auta.
Maria zacz
ęła chodzić z kata w kąt. Setki pytań krążyły w jej głowie. To wszystko było dziwne.
Kilka chwil temu spacerowali po ulicach. Zatrzymali si
ę tu, bo Maria chciała kupić coś do picia. No i było tu tak ładnie. Z dala od ruchliwej trasy. W środku lasu małe, urocze miasteczko. Trafili tu przypadkiem. Maria zagapiła się i pomyliła zjazdy z głównej drogi. Jan chciał zawrócić, ale ona zaproponowała żeby zrobili sobie wycieczkę i zobaczyli gdzie dojadą. Zdziwiło ich tylko ze nigdzie nie widzieli ludzi. Tylko od czasu do czasu po ulicach przejeżdżały samochody. Dzień był ładny wiec postanowili zatrzymać się i zwiedzić miasteczko.
Nagle za szyb
ą okna wystawy we mgle dostrzegła jakiś ruch.
- Jan wraca!- Uradowana rzuci
ła się w kierunku drzwi chcąc odepchnąć blokująca je lodówkę.
- Nie! Wrzasn
ęła ekspedientka i jak z procy rzuciła się w jej kierunku brutalnie ja odpychając.
- Nie pozwol
ę ci zginąć!
-Pu
ść mnie. Tam jest Jan.- Syczała Maria szamocząc się.- Ja muszę
Znów spojrza
ła w okno i teraz już wyraźnie dostrzegła wykrzywioną, poranioną i potwornie bladą twarz Jana a właściwie to, co z niej zostało. To było straszne. Najbardziej przeraziły ja jego oczy. Puste i bez wyrazu. Zatrzymał się i patrzył wprost na Marie. Poruszał się jak automat. Znów ruszył i szedł w kierunku drzwi.
-To ju
ż koniec. Teraz już wiedza ze ona tu jest.- Stwierdziła Ina.-
Musimy ucieka
ć.
-Poczekajmy. Mo
że mgła się rozproszy i odejdą?- Bez przekonania powiedziała ekspedientka.
-Tym razem nadeszli, mimo
że świeciło słonce. Są coraz silniejsi.
Ina spogl
ądając raz na Marie raz na ekspedientkę zaczęła zasuwać rolety w oknach.
- A w
łaściwie jak mam się do ciebie zwracać spytała Maria patrząc na ekspedientkę.
- Kiedy
ś miałam na imię Di. Mów mi Di.
-Kiedy
ś?
- To nie pora na t
łumaczenie. Ina. Masz rację. Tu robi się niebezpiecznie. Musimy ja stąd zabrać.
- Gdzie zostawili
ście samochód?- Ina zwróciła się do Marii.
-Mo
że uda się nam do niego dotrzeć zanim będzie za późno.
W tym momencie cos uderzy
ło w szybę wystawy. Szkło posypało się do środka i tylko metalowa roleta odgradzała sklep od ulicy. Do środka zaczął się wkradać dziwny chłód.
-Tam s
ą drzwi od zaplecza. Podwórko jest dobrze oświetlone…
Kolejna szyba z brzd
ękiem posypała się na podłogę.
- Chyba nie mamy wyboru.- Di spojrza
ła na Marię.
- To gdzie zaparkowali
ście?
- Dwie ulice st
ąd przy skwerku. –Maria zdezorientowana rozglądała się wkoło.
- Co jest na zewn
ątrz i dlaczego jest tak ciemno?
-Dobrze.- Zrezygnowana Di usiad
ła znów na kartonach. Spróbuje ci to wytłumaczyć.
To na zewn
ątrz żywi się ciepłem ludzkiego ciała. Jest, kiedyś było ludźmi. Dlatego odczuwasz chłód. Mgła pozwala im uchronić się od światła-Ale skąd…- Maria ni skończyła pytania, bo tym razem coś z impetem uderzyło w drzwi.
-Nie ma czasu na t
łumaczenie.- Musimy cię stąd zabrać zanim będzie za późno.
Di . Ina odwróci
ła się i stwierdziła:
- Chyba mam pomys
ł, ale Maria musiałaby nam zaufać.
-Mario, ufasz mi?- Ina spojrza
ła na nią swymi błękitnymi oczyma.
-Oni wyczuwaj
ą ciepło, więc gdybyśmy obłożyły cię czymś zimnym ….
-No a wy?- Maria spogl
ądała raz na Di a raz na Inę- Co z wami?
-Nam nic nie grozi. Ju
ż nic.- Z goryczą stwierdziła Di.
Nagle drzwi zatrz
ęsły się od kolejnego uderzenia a potem kolejnego i kolejnego. Lodówka centymetr za centymetrem odsuwała się a szpara w drzwiach robiła się coraz większa.
Nagle Di wsta
ła, spojrzała na Inę i powiedziała:
-A gdyby tak ukry
ć Marię w chłodni? Jest duża…
Maria z przera
żeniem spoglądała na kobietę i nastolatkę. Od zawsze cierpiała na klaustrofobie i zamknięte pomieszczenia budziły w niej potworny strach.
-To mo
że być dla niej szansa.- Ina przytaknęła Di, po czym jak na komendę złapały Marie pod ręce i zaczęły ciągnąć w kierunku zamkniętych drzwi. Maria poddała się. Była zbyt przerażona, aby protestować. Drzwi sklepu otwarły się i widać już było dłonie wpychające się do środka. Di jedną ręka pociągła za wajchę, otwarła drzwi a druga popchnęła bezwolną Marie do środka. Drzwi zatrzasnęły się i zapanowała ciemność.
Maria osun
ęła się na kolana. Łzy przerażenia ciekły jej po policzkach. Nagle przypomniała sobie, że w kieszeni bluzy ma zapałki. Wyciągnęła pudełko i zapaliła jedną. W chybotliwym blasku zobaczyła wnętrze chłodni. Ściany pokrywał szron. Zapałka zgasła parząc jej palce. Maria zapaliła kolejna i przerażona zaczęła się rozglądać. Pod ścianami zobaczyła ciała ludzi. Jedne siedziały, inne leżały na podłodze. Wszystkie ubrane w dziwne kombinezony i tak jak ściany pokryte szronem.
-Nie! Nie! Wypu
śćcie mnie.- Maria waliła pięściami w drzwi. Zapałki skończyły i jej wiezienie pogrążyło się w ciemności a z zewnątrz nie dochodził żaden dźwięk.
Poczu
ła się zupełnie bezsilna. Osunęła się na coś, co wyglądało jak worek, objęła rekami kolana i zaczęła się kołysać to w przód to w tył. Łzy ciekły jej po policzkach. Bała się. Była przemarznięta i tak strasznie chciało jej się spać. Powieki zaczęły wolno opadać, gdy nagle usłyszała coś, co kazało jej wstać. To były czyjeś kroki. Drzwi uchyliły się i zobaczyła w nich Di. Wyglądała jednak inaczej. Maria nagle zrozumiała. Jej oczy. Jej oczy…
Di wesz
ła do chłodni, dotknęła Marię i zmusiła ją do wyjścia. Gdy dotarły do sklepu za oknami znów świeciło słońce. Drzwi wyrwane z zawiasów opierały się o ścianę.
- Masz. Napij si
ę. Rozgrzejesz się.- Di podała jej parujący kubek wody.
Maria trz
ęsącymi rękami złapała kubek i parząc sobie usta zaczęła zachłannie pić. Ciepło powoli rozgrzewało jej zmarznięte ciało. Łzy nieustannie ciekły po policzkach.
-Ja nic nie rozumie. Nic.- I zanios
ła się szlochem.
Di usiad
ła obok niej na taborecie i zaczęła opowiadać. Jak zwykle znikąd zjawiła się tez Ina.
- Kilka lat temu w lesie niedaleko st
ąd powstała baza. Przeprowadzano tam różne eksperymenty. Część mieszkańców zatrudniona była do pomocy. Jeden z nich najwyraźniej wymknął im się z pod kontroli. Ludzie z miasteczka nagle zaczęli umierać. Znajdowano ich najczęściej rano martwych i pokrytych szronem. Zawsze, gdy to się działo pojawiała się mgła.  Ludzie z bazy zabierali ciała. Nigdy, niczego nie tłumaczyli. Kiedyś coś się tam stało. Część naukowców ukryła się tu w chłodni. Najwyraźniej nie przypuszczali, że nie będzie miał ich, kto uwolnić. Nie myśleli, że „ to” tak szybko się zmienia. Część mieszkańców, opierała się dłużej. To ci, których widziałaś na ulicy… Jest nas coraz mniej.
Baza zosta
ła, zamknięta. Części mieszkańców, udało się wyjechać. No a my…
Maria gwa
łtownie przerwała opowieść i spojrzała na Marie.
- Musisz stad ucieka
ć póki jeszcze masz czas. To wróci.  Odprowadzimy cię do samochodu.
Gdy wysz
ły na chodnik słońce właśnie chowało się za drzewami. Ulice były puste i tylko w nielicznych oknach paliło się światło.
- A gdybym sprowadzi
ła pomoc? Jedźcie ze mną. Proszę.
-Dla nas jest ju
ż za późno, ale ty możesz się jeszcze uratować.- Di popychała Marie w kierunku stojącego przy skwerku samochodu.
Nagle Di z krzykiem bólu zgi
ęła się w pół i osunęła na kolana. Ina złapała Marie za rękę i krzyknęła:
-Uciekaj. To znów si
ę zbliża. Ostatnie metry dzielące ja od auta Maria przebiegła. Drżącymi rękami wyszarpnęła kluczyki z kieszeni, otwarła drzwi i wskoczyła do środka. Odwróciła głowę w kierunku gdzie została Di i zobaczyła jak nad nią unosi się dziwny obłok mgły, który z każdą chwilą gęstniał i zakrywał ja całą.
- Uciekaj. Jed
ź i nie zatrzymuj się!
- Jed
ź ze mną. Proszę.
- Nie mog
ę. Ale ty ratuj się póki jeszcze masz szansę.
Maria ostatni raz spojrza
ła na Inę i z piskiem opon ruszyła przed siebie. We wstecznym lusterku zobaczyła zwartą grupę a nad nią szara mgłę.
Ina beztrosko podskakuj
ąc zmierzała w ich stronę.
Po wielu godzinach b
łądzenia Maria wreszcie trafiła na główną drogę. Gdy zobaczyła przydrożny zajazd postanowiła się zatrzymać. Czuła się potwornie zmęczona. Marzyła tylko o tym, aby zasnąć i zapomnieć.
Zaparkowa
ła auto na podjeździe i poprosiła o pokój. Recepcjonista z ciekawością przyglądał się jej.
-Taka
ładna kobieta podróżuje sama?- Zagadnął.
-Nie. Ja… - Marii przed oczyma stan
ęła twarz Jana. – Tak podróżuje sama.
Wzi
ęła klucz i poszła do pokoju. Gdy tylko drzwi zamknęły się za nią łzy znów zaczęły płynąć z jej oczu. Minęło dopiero kilka godzin, od kiedy rozbawieni żartowali sobie w samochodzie. To miał być ich pierwszy wspólny wypad.
Maria pozna
ła Jana w sieci. Na początku to były zdawkowe rozmowy. Z czasem rozmowy stawały się coraz bardziej prywatne. Opowiadali sobie o tym, co robią, o czym myślą. Po kilku tygodniach postanowili się spotkać. Jan był informatykiem. Imponował jej jego spokój i opanowanie. Czuła się przy nim taka bezpieczna. Ostatnio, gdy jedli razem kolacje Jan zaproponował jej wspólny weekend za miastem.
Maria wytar
ła twarz, poprawiła ubranie i postanowiła pójść coś zjeść. Gdy usiadła przy stoliku starsza kelnerka podeszła do niej i nalewając kawę do kubka zagadnęła:
-Z daleka pani jedzie?
Maria spojrza
ła na nią i podała nazwę miasteczka. Kelnerka gwałtownie zbladła na twarzy.
-To niemo
żliwe. Tam nikt nie mieszka. Tam… - nagle odwróciła się na piecie i pobiegła na zaplecze. Po chwili wróciła ze starszym mężczyzną.
-Ona mówi ze by
ła w miasteczku.
- To prawda?
- Tak. Stamt
ąd właśnie wracam.- Maria zmęczonym wzrokiem popatrzyła na kelnerkę i mężczyznę.
- Jestem g
łodna. Czy mogę zamówić kolację?
Kelnerka przyj
ęła zamówienie i znów zniknęła w kuchni a starszy mężczyzna usiadł naprzeciw Marii.
- Spotka
ła tam pani kogoś?
- Przepraszam. Nie chc
ę o tym mówić.- Maria z trudem przełykając łzy spuściła głowę i wpatrywała się w stoik.
- No có
ż. Mam nadzieje, że nie spotkało tam panią nic złego.- Mężczyzna wstał i wolno wyszedł z restauracji.
Maria chwil
ęźniej tez udała się do swojego pokoju. Kolacja pozostała nietknięta.
W
łazience odkręciła kran i zaczęła przemywać twarz zimna wodą. Spojrzała w lustro. Wydawało się jej, że za sobą dostrzega strzępki szarej mgły.
Tak jak sta
ła wybiegła z pokoju, wskoczyła do auta i ruszyła z piskiem opon.
Nagle zobaczy
ła, że droga gwałtownie skręca. Wcisnęła hamulec, ale było już za późno.
Auto uderzy
ło z impetem w barierkę i runęło w przepaść.
Powoli wokó
ł niej zaczęła unosić się mgła. Szara, zimna, wilgotna mgła. Wydawało się jej, że słyszy znajomy głos:
-Nie bój si
ę. Uratuje cię.
Na drugi dzie
ń patrol policji zauważył zniszczoną barierkę. Gdy policjanci zeszli na dół znaleźli rozbite auto a w środku pokryte szronem zwłoki kobiety. Jeden z policjantów wyciągnął telefon i zadzwonił.
- S
łuchaj, Musisz tu przyjechać.
Po chwili nad urwisko przyjecha
ł starszy mężczyzna. Z trudem zszedł na dół i oglądnął rozbite auto.
- Trzeba j
ą zabrać do bazy. Cholera. Kiedy to się skończy?
Maria ockn
ęła się w jakimś pokoju. Nad nią stała Ina i Di.
-Gdzie jestem? Przera
żona Maria zaczęła rozglądać się w koło. Sterylny pokój tonął w jasnym świetle lamp.
- Uspokój si
ę. Już nic ci nie grozi.
-Ale…
- Jeste
ś już bezpieczna. Jesteś cieniem.
Maria gwa
łtownie usiadła na posłaniu.
-Nic z tego nie rozumiem. Pami
ętam, że jechałam a potem.. .
Di usiad
ła obok niej. Wzięła ją za rękę i zaczęła tłumaczyć.
- Pami
ętasz mówiłam ci o bazie. Policja znalazła cię wczoraj. Nasz przyjaciel przywiózł cię tutaj.
-Nie rozumiem.
- W bazie prowadzono do
świadczenia. Naukowcy odkryli metodę na zmianę materii. Chcieli to wykorzystać. Armia, która mogłaby przemieszczać się, jako obłok mgły byłaby niezwyciężona. Pierwsze doświadczenia były obiecujące. Postanowiono, że zaczną przeprowadzać eksperymenty na ludziach. Przywieźli grupę więźniów. Podano im serum, ale coś poszło nie tak. Więźniowie wymknęli się z pod kontroli. Gdy ich energia zaczęła słabnąć odkryli ze ciepło ludzkiego ciała pozwala ją odbudować i znów wrócić do ludzkich kształtów. Zaczęli polować zmieniając się w szarą mgłę. Zaatakowani ludzie najczęściej umierali tak jak twój przyjaciel. W miasteczku zaczęli znikać ludzie. Naukowcy i wojsko tuszowali sprawę a potem zamknęli ośrodek. Część mieszkańców z miasteczka zainfekowała się. Ich proces zmian jednak zmutował. Tak jak ja i Ina umiemy nad sobą panować. Niestety jest nas coraz mniej. Ty najwyraźniej również uległaś infekcji. Teraz jesteś jedną z nas. Jesteś cieniem.
- Mówi
łam, że cię uratuję. –Ina z uśmiechem na twarzy przysunęła się do Marii. Jesteś taka podobna do mojej mamy.
- Powiedz jak chcia
łabyś, aby cię nazywać?
Starszy m
ężczyzna po odwiezieniu, zwłok kobiety do bazy wykonał kilka telefonów.
-To si
ę rozprzestrzenia. Musicie coś z tym zrobić.
Po drugiej stronie s
łuchawki zapadła cisza.
- Naukowcy pracuj
ą nad antidotum, ale niestety bez rezultatów. Miasteczko musi zniknąć.
M
ężczyzna pokiwał głową i wyłączył telefon.
-Biedni ludzie. –Pomy
ślał pochylając się nad kubkiem gorącej wody. Czuł jak zimno w jego ciele powoli znika pod wpływem ciepłego napoju. Wiedział ze za jakiś czas znów powróci i stanie się jednym z nich. Cieniem.