czwartek, 24 marca 2016

COŚ CZEGO NIE BYŁO

COŚ CZEGO NIE BYŁO
Byliśmy umówieni na przystanku tuż koło urzędu. Ruch w mieście o tej porze był już spory. Szum aut , gwar ludzkich rozmów działał na mnie usypiająco. Myśli błądziły gdzieś leniwie. Co jakiś czas spoglądałam na zegarek. Cholera. Znowu się spóźnia. Marek już tak miał że gdy czymś się zajął zapominał o bożym świecie. Na początku pracowaliśmy razem a potem . No cóż. Nagle jakiś dźwięk przykul moja uwagę. Pożar. Pożar. Wołali ludzie. Zrobiło się zamieszanie. Niedaleko przystanku po drugiej stronie ulicy zaczął płonąć dach na ganku starego rozpadającego się domu. Stal on lekko cofnięty w głąb ogrodu. Od dawna był pusty. Zaniedbana fasada całymi płatami spadała na podwórko. Coraz większe kłęby dymu niczym słup wznosiły się w niebo. Z wyciem sygnałów pojawiły się straż pożarna i karetka. Faceci w garniturach którzy nadjechali chwile potem czarnym cywilnym samochodem nerwowo kręcili się koło posesji. To dziwne. Takie zamieszanie dla starej ruiny? Nagle strażacy odziani w kombinezony zaczęli coś wynosić ze środka. Szczelnie zapakowane worki jeden po drugim pakowali szybko do samochodów. Dach ugaszono i samochody szybko odjechały. Podeszłam bliżej. Ciekawość nie dawała mi spokoju. Co oni tam znaleźli? Czyżby ktoś tam nielegalnie się wprowadził? Gdy chciałam podejść bliżej nagle z tłumu gapiów usłyszałam zduszony szept:
Nie radzę podchodzić. Zniknie pani tak samo jak wiele innych osób które interesowały się tym domem. Rozejrzałam się ale nie potrafiłam zlokalizować kto to do mnie powiedział. Po chwili nadjechał tramwaj i wysiadł z niego Marek a z nim jeszcze ktoś. Pomachali mi. Jeszcze raz rzuciłam okiem na dom po czym odwróciłam się i wróciłam na przystanek.
Cześć. Powiedział Marek. Długo czekałaś?
Chwilę . Odparłam .
Przepraszam ale nie mogłem dojechać wcześniej. Coś się działo po drodze.
Tak. Tamten dom zaczął się palić odparłam pokazując ręką na drugą stronę ulicy.
Wiesz to było dziwne. Nie daje mi spokoju że strażacy pojawili się tak szybko. Jeszcze raz spojrzałam na budynek. Ślady po pożarze tak jakby zaczęły znikać. Nawet smugi po dymie stały się jakby mniejsze. Wciąż przed nim stał ten prywatny samochód. Odwróciłam się do Marka . Przedstawisz mi swojego znajomego?
Marek zmieszał się i powiedział. Bardzo was przepraszam. Zagapiłem się.
To jest Wanda. Wanda przestawiam ci Krzysztofa. Podaliśmy sobie dłonie. Miło mi cie poznać. Powiedział Krzysztof miłym, miękkim głosem. Jego wzrok jednaj skierowany był na drugą stronę ulicy. Podążyłam za jego wzrokiem i zobaczyłam że samochód właśnie odjechał.
Słuchajcie zaproponował Marek. A może pójdziemy się rozejrzeć? Zrobimy kilka zdjęć i będziemy mieć materiał na reportaż. Krzysztof jeszcze raz rozejrzał się i cicho powiedział. Mam dla was coś o wiele ciekawszego. Pamiętacie to muzeum za miastem? Ta była fabrykę -spytałam.
Tak. Odparł Krzysztof.
Z tego co wiem dzieją się tam dziwne rzeczy. Może warto to sprawdzić.
Ok. Odparłam. Zrobimy sobie wycieczkę.
Tylko proszę was. Nie mówcie o tym że tam jedziecie nikomu -powiedział Krzysztof. Ekipa która ostatnio miała tam robić reportaż zniknęła i nikt nie wie co się z nimi stało. Pojedziesz z nami? Spytał Marek. Nie. Nie mogę. Ale proszę. Uważajcie na siebie. I jeszcze jedno. Zapomnijcie że widzieliście ten pożar. I nigdy ale to nigdy nie wchodźcie do tego domu.
Krzysztof pożegnał się i zaczął oddalać ale po chwili znów podszedł i dodał.
A tym domem nie interesujcie się dla waszego własnego dobra.
Odwrócił się , podbiegł do właśnie nadjeżdżającego autobusu i odjechał.
To twój znajomy? Spytałam Marka.
I tak i nie. Poznaliśmy się dawno temu a dziś wpadliśmy na siebie. Spytał czy wciąż pisze dla magazynu i czy interesuje się niewyjaśnionymi sprawami. No a potem przedstawiłem ciebie i resztę sama słyszałaś.
Więc może wybierzemy się za miasto spytałam?
OK ale nie dzisiaj. Jutro rano podjadę po ciebie . Musze przygotować sprzęt.
No a teraz porywam cie na kawę. Marek objął mnie ramieniem i poszliśmy do pobliskiej kawiarenki. Po kilku godzinach rozbawieni wróciliśmy na przystanek. Marek coś opowiadał i śmieliśmy się głośno. Ruch na ulicy był już mniejszy. Światło zachodzącego słońca załamywało się na dachach . Odruchowo spojrzałam na drugą stronę ulicy i zgłupiałam.
Marek spójrz. Na co? Spytał zajęty właśnie odsuwaniem włosów i całowaniem mnie w szyję.
Niecierpliwie odsunęłam się od niego i wskazałam palcem na dom. To niemożliwe.
Marek spojrzał we wskazanym kierunku początkowo nie rozumiejąc o co mi chodzi a potem stwierdził. Przecież to niemożliwe.
Gapiliśmy się na budynek który kilka godzin wcześniej płonął tylko że na dachu nie było żadnych śladów pożaru. Stał jak zwykle trochę w głębi ogrodu a na jego szybach ponuro odbijało się światło zachodzącego słońca. Spojrzeliśmy na siebie zdezorientowani.
Coś było nie tak.
Idziemy pozwiedzać? Marek mocno chwycił mnie za rękę i zaczął kierować się w kierunku przejścia dla pieszych. W tym momencie zauważyłam że pod dom znów podjechał ten sam cywilny samochód który stal tam wcześniej. Marek również zauważył samochód i przystanął, Coś mówiło nam że nie powinniśmy się tam zbliżać. No przynajmniej teraz. Spojrzeliśmy na siebie . Wiedzieliśmy że prędzej czy później pójdziemy tam i sprawdzimy.

Na drugi dzień ramo Marek już o świcie podjechał pod mój dom. Wstawaj śpiochu zawołał od drzwi. Rozespana odpowiedziałam:
Spać nie możesz? Najpierw muszę napić się kawy.
Ok. To ja zrobię kawę a ty idź i się ubierz stwierdził Marek.
Po chwili wykąpana i ubrana zeszłam do kuchni. Roznosił się po niej smakowity zapach .Marek właśnie smażył jajecznice.
Wczoraj pobuszowałem trochę w sieci. Szukałem czegoś na temat tego domu. To dziwne . Tyle ludzi widziało pożar a nie ma na ten temat żadnej wzmianki. Żadnej informacji.
Marek podając mi kubek spytał. Ty widziałaś to od początku. Co tam się faktycznie stało?
Pijąc aromatyczny płyn małymi łyczkami zaczęłam wracać w pamięci do wczorajszego dnia.
Usłyszałam krzyk i zobaczyłam jak zapala się dach a chwilę potem pojawiła się straż , pogotowie i to czarne auto. Masz racje to dziwne bo żaden z gapi nie ruszył się pod ten dom. Wszyscy stali na przystanku i nawet nikt nie komentował. No a potem ci w kombinezonach zaczęli coś wynosić z tego budynku i odjechali. Spojrzeliśmy na siebie z Markiem. Oboje wiedzieliśmy że to niemożliwe żeby spalony dach sam z siebie nagle się naprawił. Nawet smrodu spalenizny nie było czuć w powietrzu. Opowiedziałem o tym pożarze koledze z redakcji -Marek rozkładając śniadanie na talerze kontynuował . Kumpel miał tam wczoraj pojechał ale dziś od rana nie mogę się z nim skontaktować. Może jest poza zasięgiem? Zadzwonię do niego po powrocie. Może wtedy odbierze.
A mnie przypomniał się szept który usłyszałam na przystanku:Ne radzę. Zniknie pani jak inne osoby. Opowiedziałam o tym Markowi. Zaniepokoił się ale po chwili stwierdził. Bez przesady. Na pewno nic się nie stało.
Po chwili zapakowaliśmy się do samochodu i pojechaliśmy pod zamkniętą fabrykę.
Pogoda była piękna. Ciepły letni dzień zachęcał do spacerów. Droga przez las była pusta. Pilnuj mapy żebyśmy nie zbłądzili. Tamtego odcinka drogi nie ma naniesionego na nawigację stwierdził Marek. Skąd wiesz?Krzysztof mi mówił. Czym on się właściwie zajmuje? A wiesz że nie wiem? Pytałem ale zbył mnie więc nie cisnąłem.
Za kolejnym zakrętem drogi zobaczyliśmy rozwidlenie. Na jednej z dróg był szlaban i napis: Zakaz wjazdu.
To ta droga. Jestem pewien.
Marek zatrzymał samochód, odsunął szlaban , przejechał i znów go zasunął.
To dziwne. Jest tu muzeum a nie można do niego dojechać mruknął pod nosem i pojechaliśmy dalej.
Kilka kilometrów dalej droga asfaltowa zmieniła się w polną a potem w ścieżkę. Zostawiliśmy samochód i dalej poszliśmy pieszo.
Z za drzew widać było zaniedbane budynki. Nigdzie nie było ogrodzenia ani żadnych ludzi. Weszliśmy na teren budowy. Chodniki porośnięte były trawą a na uliczkach walały się połamane konary i stare liście. Budynki sprawiały wrażenie zaniedbanych i opuszczonych. Wyciągnęłam aparat i zrobiłam kilka zdjęć. Słońce załamywało się na rozbitych szybach. Jakiś dźwięk przykuł moją uwagę. Jednostajny, cichy i dziwny. Słyszysz? Marek przytaknął i poszliśmy w jego kierunku. W kolejnej hali ktoś wyrwał drzwi. Wisiały zawieszone na jednym zawiasie. Dookoła walały się skieły gruzu. To nie może być to muzeum o którym opowiadał Krzysztof. Musieliśmy pomylić drogi. Niemożliwe odparł Marek. Krzysztof dokładnie opisał mi jak tu dojechać. Nagle z dachu tuż przed nami spadł spory kawal cegły. Okruchy rozprysnęły się wszędzie dookoła. Odskoczyłam przestraszona na co Krzysztof roześmiał się w głos. Panikarz! Walnęłam go w ramię i poszliśmy dalej. Dźwięk stawał się coraz głośniejszy i wyraźniejszy. Coś mnie zastanowiło. Zauważyłeś że nigdzie nie słychać ptaków? Jesteśmy w lesie a tu jest tak strasznie cicho. Faktycznie. To dziwne. Zza rogu budynku wyłonił się fragment muru przedzielający drogę. W przeciwieństwie do tego co widzieliśmy wcześniej mur był prawie nowy.
Stanęliśmy zdziwieni. Co jest?
Powoli posuwaliśmy się wzdłuż niego. Nigdzie nie widać było żadnej bramy, żadnego wejścia.
Marek rozejrzał się i wskazując na drzewo powiedział. Poczekaj. Z tego konaru powinienem wspiąć się na gorę. Podskoczył raz i drugi. Chwytając niższych konarów wspiął na drzewo a potem wskoczył na mur. Nachylając się podał mi rękę i powiedział. Chodź. Pomogę ci się wspiąć.
Po chwili Byliśmy już po drugiej stronie. Budynki tam były równie zaniedbane jak te wcześniejsze. Na ulicy leżał martwy ptak. Zeskoczyliśmy z muru i poszliśmy dalej. Dźwięk tu był bardzo intensywny. Budził we mnie dziwny niepokój którego nie potrafiłam wytłumaczyć. Czułam że nie powinniśmy iść dalej ale ciekawość była silniejsza.
Za kolejnym zakrętem wyłonił się budynek . Wyrwane drzwi, porozbijane okna i zmiażdżony pod gruzem samochód sprawiały koszmarne wrażenie. Odruchowo zrobiłam kilka zdjęć i podeszliśmy bliżej. Nigdzie nie widać było nikogo a mimo to wewnątrz coś się działo. Suwnica z jękiem przesuwała się tam i z powrotem a młot uderzał w przesuwające się po taśmie elementy. W kącie hali zobaczyłam coś co wyglądało bardzo znajomo. Worki które wczoraj wynosili z tamtego domu. Już miałam podejść gdy nagle usłyszeliśmy w oddali ale szybko zbliżające się wściekłe ujadanie psów. Szlag. Wiejemy. Nie było czasu na zdjęcia, na myślenie. Wściekły warkot był coraz bliższy. Musimy wydostać się za mur. Marek dyszał ciągnąc mnie z sobą. Zobacz. Tam jest jakieś rusztowanie. Pobiegliśmy w tamtym kierunku. Za plecami czułam zbliżające się niebezpieczeństwo. W ostatniej chwili podciągnęliśmy się do góry. Na dole stado psów ujadając próbowało wspiąć się za nami. Olbrzymie bestie z pieniącą się na pyskach śliną. Teraz rozumiem dlaczego tego nikt nie pilnuje Marek dyszał usiłując złapać oddech . Zobacz. Tam dalej jest mur. Jeśli przeskoczymy to będziemy uratowani. Wspięliśmy się jeszcze wyżej aż do wysokości dachu a potem ślizgając po zgniłych liściach i mchu przesunęliśmy się na kraj budynku i skoczyliśmy . Udało się . Wylądowałam na kolanach na wilgotnym mchu. Tuż za mną wylądował Marek . Kurwa. Ale się wystraszyłem. Co to kurwa było? Ja pierdolę.
Przestań kląć. Poprosiłam. Musimy dotrzeć do samochodu. Pamiętasz gdzie jest droga?
Marek rozejrzał się . Las w tym miejscu wyglądał zupełnie inaczej. Między krzakami świeciły się lusterka wody. Wstaliśmy. Trzeba stąd spadać. Marek zrobił kilka kroków i po kostki zapadł się w błoto. Uważaj . To mokradła. Spanikowana rozglądałam się dookoła, Z jednej strony mokradła a z drugiej skowyt rozwścieczonych psów. Bałam się. To miała być tylko wycieczka. Nie możemy iść przez las. Musimy wrócić. Jak to sobie wyobrażasz? Łzy stały mi w oczach, Marek przytulił mnie i powiedział. Spokojnie. Damy sobie radę. Z plecaka wyciągnął nuż i ściął z rosnącego obok krzaka długą gałąź. Tam dalej wygląda na to że jest bardziej sucho. Będziemy sprawdzać teren przed nami. Marek zaczął ostrożnie iść ledwo widoczną ścieżką sondując kijem teren przed sobą. Pogoda zaczęła się zmieniać. Na niebie pojawiły się chmury i zrobiło się chłodniej. Mam nadzieje ze nie będzie padać. Marek spojrzał na mnie ale nie odezwał się słowem wciąż skoncentrowany na badaniu gruntu. Drzewa stawały się gęstsze. Gdzieś między nimi nagle coś mignęło. Marek . Spójrz. Co to jest? Kolorowy kawałek czegoś mienił się w promieniach słońca . Podejdźmy i zobaczmy. Powoli krok za krokiem zmierzaliśmy w tamtym kierunku. Im byliśmy bliżej tym bardziej irracjonalny lek . Coś było nie tak. Bardzo nie tak. Marek zrobił kolejny krok i nagle zapadł się po kolano. Zachwiał i runął do przodu. Z głośnym plaskiem wylądował w błocie. Im bardziej starał się wstać tym głębiej brnął w cuchnącej ,śliskiej mazi. Złapałam go za bluzę i zaczęłam ciągnąć w swoim kierunki. Po chwili ostatkiem sil szarpnęłam i Marek uchwycił rosnącą gałąź i wydostał się na ścieżkę. Plama zamigotała w gdy chmury zakryły słońce nagle zniknęła. Marek ciężko oddychając powiedział. Musimy wrócić. Szczekanie za murem jakby ucichło. Może psy odeszły? Powoli krok za krokiem wracaliśmy po własnych śladach. Było coraz zimniej a może to mnie się wydawało że jest chłodniej bo zmęczenie zaczęło dawać o sobie znać. Pod murem zaczęliśmy szukać czegoś po czym można by się było wspiąć. Gdy bezradnie rozglądałam się wkoło nagle zobaczyłam coś jakby prześwit. Zobacz. Tam coś jest. Marek spojrzał we wskazanym przeze mnie kierunku . Tam jest chyba przejście. Chodź. Zobaczymy. Faktycznie w murze była jakby furtka. Lekko uchylna jakby zapraszała do wejścia. Przecisnęliśmy się przez szparę i znów zobaczyliśmy ponure budynki fabryki. Cały czas słychać było ten sam uporczywy , jednostajny dźwięk pracujących urządzeń. Ostrożnie posuwaliśmy się naprzód w każdej chwili gotowi do ucieczki . Psów nigdzie nie było widać. Nagle zapadła cisza. Bez ostrzeżenia wszystko w koło zamarło. Stanęliśmy . Ta cisza była bardziej przerażająca niż dochodzące poprzednio dźwięki. Marek pociągnął mnie za sobą i schowaliśmy się za wyrwanymi z zawiasów i opartymi o ścianę drzwiami hali. Ostrożnie zaglądnęliśmy do środka. Taśma stała zarośnięta pajęczynami. Suwnica krzywo wisiała i w każdej chwili mogła spaść. Spojrzałam tam gdzie wcześniej leżały worki. Zniknęły. Tylko jasna plama stanowiła dowód że tam coś było. Nagle gdzieś wśród drzew zaczęły śpiewać ptaki. Powoli krok za krokiem zmierzaliśmy w kierunku gdzie zostawiliśmy samochód. Nagle usłyszeliśmy huk i potem jakby jęk. Puściliśmy się biegiem w tamtym kierunku. To drzwi sąsiedniego budynku odpadły z zawiasa i jęczały kołysząc się pod wpływem własnego ciężaru. Rozejrzeliśmy się ale nigdzie nie widać było zgniecionego samochodu. Niemożliwe żebyśmy zabłądzili. To gdzieś tutaj przeskakiwaliśmy przez mur tyle że po murze tez nie było śladu. Nagle tuż przed sobą zobaczyłam coś co przykuło moją uwagę. Na skraju lasu stał ten sam czarny samochód co przed płonącym domem. Stój. Szepnęłam cicho do Marka. Zobacz- wskazałam mu samochód ręką. Stojąc w cieniu budynku patrzyliśmy jak dwie ubrane w kombinezon osoby pakowały coś do bagażnika. To wyglądało jak tamte worki.
Po chwili samochód odjechał a my już bez przeszkód doszliśmy do samochodu. Jedźmy stąd. Marek wyrzucając strumienie żwiru spod kół wyjechał na drogę a potem w kierunku miasta. Po dłuższej chwili zatrzymał się na poboczu i powiedział. Możesz teraz ty poprowadzić? Źle się czuję. Faktycznie pot perlił mu się na czole a w miejscu gdzie ręka ubrudzona była błotem widniały paskudne krosty. Jedziemy do szpitala. Po godzinie Marek leżał pod respiratorem. Jego serce zatrzymało się ale lekarzom udało się go odratować. Był w śpiączce. Zmęczona siedziałam pod salą. A nie mówiłem żeby tam nie wchodzić? Usłyszałam znajomy głos. Otwarłam oczy i spojrzałam w kierunku skąd dochodził głos ale oprócz stojącej na drugim końcu korytarza pielęgniarki nie było tam nikogo. Musiałam się zdrzemnąć pomyślałam . Wstałam i zajrzałam do sali. Była pusta. Przerażana zawołałam pielęgniarkę i spytałam o Marka. Pielęgniarka zdziwiona spojrzała na mnie i powiedziała. Tu nikogo takiego nie było a pani przyszła kilka minut temu. To niemożliwe. Przecież Marek leżał w tamtej sali. Sama go tu przywiozłam. Pielęgniarka zaniepokojona moim stanem wezwała lekarza a ten zaaplikował mi coś na uspokojenie. Obudziłam się na szpitalnym łóżku. Przez okno wpadały promienie słońca. Próbowałam wstać ale osłabiona opadłam z powrotem . Prószę leżeć. Lek jeszcze działa i może się kręcić pani w głowie. Pielęgniarka podeszła do mnie i zbadała puls potem coś zanotowała w karcie. Co się stało? Spytałam.
Przyszła pani do szpitala i zemdlała. A Marek? Co z Markiem? Przywiozłam go przecież. Była pani sama odparła pielęgniarka i wyszła z sali. Na drugi dzień wróciłam do domu. Cały czas próbowałam dodzwonić się do Marka ale telefon nie odpowiadał. Z torby wyjęłam aparat fotograficzny chcąc przejrzeć zdjęcia. Karta była pusta. Niemożliwe. To niemożliwe.
Kilka dni później spotkałam na mieście Krzysztofa. Cześć Krzysztof zawołałam . Odwrócił się zdziwiony. My się znamy? Jak to? Nie pamiętasz? Kilak dni temu przedstawił nas sobie Marek. Krzysztof zbladł i przez zaciśnięte wargi wysyczał. Zamknij się. Rozejrzał się dookoła i wszedł do bramy. Weszłam tam za nim. Krzysztof nerwowo rozglądając się dookoła powiedział. Zapomnij o mnie, zapomnij o Marku, zapomnij o tym co widziałaś.
Nie rozumiem. Nie musisz. Grunt że tego wszystkiego nie było. Krzysztof odwrócił się na pięcie i wyszedł . Wracając do domu przechodziłam kolo przystanku gdzie wtedy umówiłam się z Markiem. Odruchowo spojrzałam w kierunku domu. Otaczał go szczelny metalowy plot a niedaleko bramy stal czarny samochód. Przez moment wydawało mi się ze na fotelu pasażera zobaczyłam Marka. Niestety przejechał tramwaj a gdy znowu spojrzałam w tamta stronę samochodu już nie było. Za plecami usłyszałam znajomy głos. Przecież ostrzegałem że tak będzie. Nie obejrzałam się. Przerażona prawie biegiem wskoczyłam do autobusu i odjechałam. Potem wielokrotnie szukałam miejsca gdzie była fabryka. Usiłowałam tez dostać się do tamtego domu ale za każdym razem coś mi w tym przeszkadzało. Znajomy który tam poszedł zaginął bez śladu tak jak Marek. Potem zapomniałam o tym co się zdarzyło. Tylko w nocy budziłam się krzycząc gdy śniły mi się koszmary. W workach widziałam coś czego nie potrafiłam rozpoznać ale czego bardzo się bałam. Czułam że kolejne spotkanie z ludźmi z samochodu skończy się tragedią .Minęło kilka lat. Siedząc w fotelu z filiżanką kawy nagle usłyszałam dzwonek do drzwi. Zdziwiona bo na nikogo nie czekałam otwarłam drzwi. Za nimi stal Marek. Jego oczy były puste. Wszystko wkoło zawirowało i upadłam. Nie widziałam już że z za niego wysunęli się inni którzy zapakowali mnie do worka i zabrali z sobą.




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz