COŚ
CZEGO NIE BYŁO
Byliśmy
umówieni na przystanku tuż koło urzędu. Ruch w mieście o tej
porze był już spory. Szum aut , gwar ludzkich rozmów działał na
mnie usypiająco. Myśli błądziły gdzieś leniwie. Co jakiś czas
spoglądałam na zegarek. Cholera. Znowu się spóźnia. Marek już
tak miał że gdy czymś się zajął zapominał o bożym świecie.
Na początku pracowaliśmy razem a potem . No cóż. Nagle jakiś
dźwięk przykul moja uwagę. Pożar. Pożar. Wołali ludzie. Zrobiło
się zamieszanie. Niedaleko przystanku po drugiej stronie ulicy
zaczął płonąć dach na ganku starego rozpadającego się domu.
Stal on lekko cofnięty w głąb ogrodu. Od dawna był pusty.
Zaniedbana fasada całymi płatami spadała na podwórko. Coraz
większe kłęby dymu niczym słup wznosiły się w niebo. Z wyciem
sygnałów pojawiły się straż pożarna i karetka. Faceci w
garniturach którzy nadjechali chwile potem czarnym cywilnym
samochodem nerwowo kręcili się koło posesji. To dziwne. Takie
zamieszanie dla starej ruiny? Nagle strażacy odziani w kombinezony
zaczęli coś wynosić ze środka. Szczelnie zapakowane worki jeden
po drugim pakowali szybko do samochodów. Dach ugaszono i samochody
szybko odjechały. Podeszłam bliżej. Ciekawość nie dawała mi
spokoju. Co oni tam znaleźli? Czyżby ktoś tam nielegalnie się
wprowadził? Gdy chciałam podejść bliżej nagle z tłumu gapiów
usłyszałam zduszony szept:
Nie
radzę podchodzić. Zniknie pani tak samo jak wiele innych osób
które interesowały się tym domem. Rozejrzałam się ale nie
potrafiłam zlokalizować kto to do mnie powiedział. Po chwili
nadjechał tramwaj i wysiadł z niego Marek a z nim jeszcze ktoś.
Pomachali mi. Jeszcze raz rzuciłam okiem na dom po czym odwróciłam
się i wróciłam na przystanek.
Cześć.
Powiedział Marek. Długo czekałaś?
Chwilę
. Odparłam .
Przepraszam
ale nie mogłem dojechać wcześniej. Coś się działo po drodze.
Tak.
Tamten dom zaczął się palić odparłam pokazując ręką na drugą
stronę ulicy.
Wiesz
to było dziwne. Nie daje mi spokoju że strażacy pojawili się tak
szybko. Jeszcze raz spojrzałam na budynek. Ślady po pożarze tak
jakby zaczęły znikać. Nawet smugi po dymie stały się jakby
mniejsze. Wciąż przed nim stał ten prywatny samochód. Odwróciłam
się do Marka . Przedstawisz mi swojego znajomego?
Marek
zmieszał się i powiedział. Bardzo was przepraszam. Zagapiłem się.
To
jest Wanda. Wanda przestawiam ci Krzysztofa. Podaliśmy sobie dłonie.
Miło mi cie poznać. Powiedział Krzysztof miłym, miękkim głosem.
Jego wzrok jednaj skierowany był na drugą stronę ulicy. Podążyłam
za jego wzrokiem i zobaczyłam że samochód właśnie odjechał.
Słuchajcie
zaproponował Marek. A może pójdziemy się rozejrzeć? Zrobimy
kilka zdjęć i będziemy mieć materiał na reportaż. Krzysztof
jeszcze raz rozejrzał się i cicho powiedział. Mam dla was coś o
wiele ciekawszego. Pamiętacie to muzeum za miastem? Ta była fabrykę
-spytałam.
Tak.
Odparł Krzysztof.
Z
tego co wiem dzieją się tam dziwne rzeczy. Może warto to
sprawdzić.
Ok.
Odparłam. Zrobimy sobie wycieczkę.
Tylko
proszę was. Nie mówcie o tym że tam jedziecie nikomu -powiedział
Krzysztof. Ekipa która ostatnio miała tam robić reportaż zniknęła
i nikt nie wie co się z nimi stało. Pojedziesz z nami? Spytał
Marek. Nie. Nie mogę. Ale proszę. Uważajcie na siebie. I jeszcze
jedno. Zapomnijcie że widzieliście ten pożar. I nigdy ale to nigdy
nie wchodźcie do tego domu.
Krzysztof
pożegnał się i zaczął oddalać ale po chwili znów podszedł i
dodał.
A
tym domem nie interesujcie się dla waszego własnego dobra.
Odwrócił
się , podbiegł do właśnie nadjeżdżającego autobusu i odjechał.
To
twój znajomy? Spytałam Marka.
I
tak i nie. Poznaliśmy się dawno temu a dziś wpadliśmy na siebie.
Spytał czy wciąż pisze dla magazynu i czy interesuje się
niewyjaśnionymi sprawami. No a potem przedstawiłem ciebie i resztę
sama słyszałaś.
Więc
może wybierzemy się za miasto spytałam?
OK
ale nie dzisiaj. Jutro rano podjadę po ciebie . Musze przygotować
sprzęt.
No
a teraz porywam cie na kawę. Marek objął mnie ramieniem i
poszliśmy do pobliskiej kawiarenki. Po kilku godzinach rozbawieni
wróciliśmy na przystanek. Marek coś opowiadał i śmieliśmy się
głośno. Ruch na ulicy był już mniejszy. Światło zachodzącego
słońca załamywało się na dachach . Odruchowo spojrzałam na
drugą stronę ulicy i zgłupiałam.
Marek
spójrz. Na co? Spytał zajęty właśnie odsuwaniem włosów i
całowaniem mnie w szyję.
Niecierpliwie
odsunęłam się od niego i wskazałam palcem na dom. To niemożliwe.
Marek
spojrzał we wskazanym kierunku początkowo nie rozumiejąc o co mi
chodzi a potem stwierdził. Przecież to niemożliwe.
Gapiliśmy
się na budynek który kilka godzin wcześniej płonął tylko że
na dachu nie było żadnych śladów pożaru. Stał jak zwykle trochę
w głębi ogrodu a na jego szybach ponuro odbijało się światło
zachodzącego słońca. Spojrzeliśmy na siebie zdezorientowani.
Coś
było nie tak.
Idziemy
pozwiedzać? Marek mocno chwycił mnie za rękę i zaczął kierować
się w kierunku przejścia dla pieszych. W tym momencie zauważyłam
że pod dom znów podjechał ten sam cywilny samochód który stal
tam wcześniej. Marek również zauważył samochód i przystanął,
Coś mówiło nam że nie powinniśmy się tam zbliżać. No
przynajmniej teraz. Spojrzeliśmy na siebie . Wiedzieliśmy że
prędzej czy później pójdziemy tam i sprawdzimy.
Na
drugi dzień ramo Marek już o świcie podjechał pod mój dom.
Wstawaj śpiochu zawołał od drzwi. Rozespana odpowiedziałam:
Spać
nie możesz? Najpierw muszę napić się kawy.
Ok.
To ja zrobię kawę a ty idź i się ubierz stwierdził Marek.
Po
chwili wykąpana i ubrana zeszłam do kuchni. Roznosił się po niej
smakowity zapach .Marek właśnie smażył jajecznice.
Wczoraj
pobuszowałem trochę w sieci. Szukałem czegoś na temat tego domu.
To dziwne . Tyle ludzi widziało pożar a nie ma na ten temat żadnej
wzmianki. Żadnej informacji.
Marek
podając mi kubek spytał. Ty widziałaś to od początku. Co tam się
faktycznie stało?
Pijąc
aromatyczny płyn małymi łyczkami zaczęłam wracać w pamięci do
wczorajszego dnia.
Usłyszałam
krzyk i zobaczyłam jak zapala się dach a chwilę potem pojawiła
się straż , pogotowie i to czarne auto. Masz racje to dziwne bo
żaden z gapi nie ruszył się pod ten dom. Wszyscy stali na
przystanku i nawet nikt nie komentował. No a potem ci w
kombinezonach zaczęli coś wynosić z tego budynku i odjechali.
Spojrzeliśmy na siebie z Markiem. Oboje wiedzieliśmy że to
niemożliwe żeby spalony dach sam z siebie nagle się naprawił.
Nawet smrodu spalenizny nie było czuć w powietrzu. Opowiedziałem o
tym pożarze koledze z redakcji -Marek rozkładając śniadanie na
talerze kontynuował . Kumpel miał tam wczoraj pojechał ale dziś
od rana nie mogę się z nim skontaktować. Może jest poza
zasięgiem? Zadzwonię do niego po powrocie. Może wtedy odbierze.
A
mnie przypomniał się szept który usłyszałam na przystanku:Ne
radzę. Zniknie pani jak inne osoby. Opowiedziałam o tym Markowi.
Zaniepokoił się ale po chwili stwierdził. Bez przesady. Na pewno
nic się nie stało.
Po
chwili zapakowaliśmy się do samochodu i pojechaliśmy pod zamkniętą
fabrykę.
Pogoda
była piękna. Ciepły letni dzień zachęcał do spacerów. Droga
przez las była pusta. Pilnuj mapy żebyśmy nie zbłądzili. Tamtego
odcinka drogi nie ma naniesionego na nawigację stwierdził Marek.
Skąd wiesz?Krzysztof mi mówił. Czym on się właściwie zajmuje? A
wiesz że nie wiem? Pytałem ale zbył mnie więc nie cisnąłem.
Za
kolejnym zakrętem drogi zobaczyliśmy rozwidlenie. Na jednej z dróg
był szlaban i napis: Zakaz wjazdu.
To
ta droga. Jestem pewien.
Marek
zatrzymał samochód, odsunął szlaban , przejechał i znów go
zasunął.
To
dziwne. Jest tu muzeum a nie można do niego dojechać mruknął pod
nosem i pojechaliśmy dalej.
Kilka
kilometrów dalej droga asfaltowa zmieniła się w polną a potem w
ścieżkę. Zostawiliśmy samochód i dalej poszliśmy pieszo.
Z
za drzew widać było zaniedbane budynki. Nigdzie nie było
ogrodzenia ani żadnych ludzi. Weszliśmy na teren budowy. Chodniki
porośnięte były trawą a na uliczkach walały się połamane
konary i stare liście. Budynki sprawiały wrażenie zaniedbanych i
opuszczonych. Wyciągnęłam aparat i zrobiłam kilka zdjęć. Słońce
załamywało się na rozbitych szybach. Jakiś dźwięk przykuł moją
uwagę. Jednostajny, cichy i dziwny. Słyszysz? Marek przytaknął i
poszliśmy w jego kierunku. W kolejnej hali ktoś wyrwał drzwi.
Wisiały zawieszone na jednym zawiasie. Dookoła walały się skieły
gruzu. To nie może być to muzeum o którym opowiadał Krzysztof.
Musieliśmy pomylić drogi. Niemożliwe odparł Marek. Krzysztof
dokładnie opisał mi jak tu dojechać. Nagle z dachu tuż przed nami
spadł spory kawal cegły. Okruchy rozprysnęły się wszędzie
dookoła. Odskoczyłam przestraszona na co Krzysztof roześmiał się
w głos. Panikarz! Walnęłam go w ramię i poszliśmy dalej. Dźwięk
stawał się coraz głośniejszy i wyraźniejszy. Coś mnie
zastanowiło. Zauważyłeś że nigdzie nie słychać ptaków?
Jesteśmy w lesie a tu jest tak strasznie cicho. Faktycznie. To
dziwne. Zza rogu budynku wyłonił się fragment muru przedzielający
drogę. W przeciwieństwie do tego co widzieliśmy wcześniej mur był
prawie nowy.
Stanęliśmy
zdziwieni. Co jest?
Powoli
posuwaliśmy się wzdłuż niego. Nigdzie nie widać było żadnej
bramy, żadnego wejścia.
Marek
rozejrzał się i wskazując na drzewo powiedział. Poczekaj. Z tego
konaru powinienem wspiąć się na gorę. Podskoczył raz i drugi.
Chwytając niższych konarów wspiął na drzewo a potem wskoczył na
mur. Nachylając się podał mi rękę i powiedział. Chodź. Pomogę
ci się wspiąć.
Po
chwili Byliśmy już po drugiej stronie. Budynki tam były równie
zaniedbane jak te wcześniejsze. Na ulicy leżał martwy ptak.
Zeskoczyliśmy z muru i poszliśmy dalej. Dźwięk tu był bardzo
intensywny. Budził we mnie dziwny niepokój którego nie potrafiłam
wytłumaczyć. Czułam że nie powinniśmy iść dalej ale ciekawość
była silniejsza.
Za
kolejnym zakrętem wyłonił się budynek . Wyrwane drzwi,
porozbijane okna i zmiażdżony pod gruzem samochód sprawiały
koszmarne wrażenie. Odruchowo zrobiłam kilka zdjęć i podeszliśmy
bliżej. Nigdzie nie widać było nikogo a mimo to wewnątrz coś się
działo. Suwnica z jękiem przesuwała się tam i z powrotem a młot
uderzał w przesuwające się po taśmie elementy. W kącie hali
zobaczyłam coś co wyglądało bardzo znajomo. Worki które wczoraj
wynosili z tamtego domu. Już miałam podejść gdy nagle
usłyszeliśmy w oddali ale szybko zbliżające się wściekłe
ujadanie psów. Szlag. Wiejemy. Nie było czasu na zdjęcia, na
myślenie. Wściekły warkot był coraz bliższy. Musimy wydostać
się za mur. Marek dyszał ciągnąc mnie z sobą. Zobacz. Tam jest
jakieś rusztowanie. Pobiegliśmy w tamtym kierunku. Za plecami
czułam zbliżające się niebezpieczeństwo. W ostatniej chwili
podciągnęliśmy się do góry. Na dole stado psów ujadając
próbowało wspiąć się za nami. Olbrzymie bestie z pieniącą się
na pyskach śliną. Teraz rozumiem dlaczego tego nikt nie pilnuje
Marek dyszał usiłując złapać oddech . Zobacz. Tam dalej jest
mur. Jeśli przeskoczymy to będziemy uratowani. Wspięliśmy się
jeszcze wyżej aż do wysokości dachu a potem ślizgając po
zgniłych liściach i mchu przesunęliśmy się na kraj budynku i
skoczyliśmy . Udało się . Wylądowałam na kolanach na wilgotnym
mchu. Tuż za mną wylądował Marek . Kurwa. Ale się wystraszyłem.
Co to kurwa było? Ja pierdolę.
Przestań
kląć. Poprosiłam. Musimy dotrzeć do samochodu. Pamiętasz gdzie
jest droga?
Marek
rozejrzał się . Las w tym miejscu wyglądał zupełnie inaczej.
Między krzakami świeciły się lusterka wody. Wstaliśmy. Trzeba
stąd spadać. Marek zrobił kilka kroków i po kostki zapadł się w
błoto. Uważaj . To mokradła. Spanikowana rozglądałam się
dookoła, Z jednej strony mokradła a z drugiej skowyt
rozwścieczonych psów. Bałam się. To miała być tylko wycieczka.
Nie możemy iść przez las. Musimy wrócić. Jak to sobie
wyobrażasz? Łzy stały mi w oczach, Marek przytulił mnie i
powiedział. Spokojnie. Damy sobie radę. Z plecaka wyciągnął nuż
i ściął z rosnącego obok krzaka długą gałąź. Tam dalej
wygląda na to że jest bardziej sucho. Będziemy sprawdzać teren
przed nami. Marek zaczął ostrożnie iść ledwo widoczną ścieżką
sondując kijem teren przed sobą. Pogoda zaczęła się zmieniać.
Na niebie pojawiły się chmury i zrobiło się chłodniej. Mam
nadzieje ze nie będzie padać. Marek spojrzał na mnie ale nie
odezwał się słowem wciąż skoncentrowany na badaniu gruntu.
Drzewa stawały się gęstsze. Gdzieś między nimi nagle coś
mignęło. Marek . Spójrz. Co to jest? Kolorowy kawałek czegoś
mienił się w promieniach słońca . Podejdźmy i zobaczmy. Powoli
krok za krokiem zmierzaliśmy w tamtym kierunku. Im byliśmy bliżej
tym bardziej irracjonalny lek . Coś było nie tak. Bardzo nie tak.
Marek zrobił kolejny krok i nagle zapadł się po kolano. Zachwiał
i runął do przodu. Z głośnym plaskiem wylądował w błocie. Im
bardziej starał się wstać tym głębiej brnął w cuchnącej
,śliskiej mazi. Złapałam go za bluzę i zaczęłam ciągnąć w
swoim kierunki. Po chwili ostatkiem sil szarpnęłam i Marek uchwycił
rosnącą gałąź i wydostał się na ścieżkę. Plama zamigotała
w gdy chmury zakryły słońce nagle zniknęła. Marek ciężko
oddychając powiedział. Musimy wrócić. Szczekanie za murem jakby
ucichło. Może psy odeszły? Powoli krok za krokiem wracaliśmy po
własnych śladach. Było coraz zimniej a może to mnie się wydawało
że jest chłodniej bo zmęczenie zaczęło dawać o sobie znać. Pod
murem zaczęliśmy szukać czegoś po czym można by się było
wspiąć. Gdy bezradnie rozglądałam się wkoło nagle zobaczyłam
coś jakby prześwit. Zobacz. Tam coś jest. Marek spojrzał we
wskazanym przeze mnie kierunku . Tam jest chyba przejście. Chodź.
Zobaczymy. Faktycznie w murze była jakby furtka. Lekko uchylna jakby
zapraszała do wejścia. Przecisnęliśmy się przez szparę i znów
zobaczyliśmy ponure budynki fabryki. Cały czas słychać było ten
sam uporczywy , jednostajny dźwięk pracujących urządzeń.
Ostrożnie posuwaliśmy się naprzód w każdej chwili gotowi do
ucieczki . Psów nigdzie nie było widać. Nagle zapadła cisza. Bez
ostrzeżenia wszystko w koło zamarło. Stanęliśmy . Ta cisza była
bardziej przerażająca niż dochodzące poprzednio dźwięki. Marek
pociągnął mnie za sobą i schowaliśmy się za wyrwanymi z
zawiasów i opartymi o ścianę drzwiami hali. Ostrożnie
zaglądnęliśmy do środka. Taśma stała zarośnięta pajęczynami.
Suwnica krzywo wisiała i w każdej chwili mogła spaść. Spojrzałam
tam gdzie wcześniej leżały worki. Zniknęły. Tylko jasna plama
stanowiła dowód że tam coś było. Nagle gdzieś wśród drzew
zaczęły śpiewać ptaki. Powoli krok za krokiem zmierzaliśmy w
kierunku gdzie zostawiliśmy samochód. Nagle usłyszeliśmy huk i
potem jakby jęk. Puściliśmy się biegiem w tamtym kierunku. To
drzwi sąsiedniego budynku odpadły z zawiasa i jęczały kołysząc
się pod wpływem własnego ciężaru. Rozejrzeliśmy się ale
nigdzie nie widać było zgniecionego samochodu. Niemożliwe żebyśmy
zabłądzili. To gdzieś tutaj przeskakiwaliśmy przez mur tyle że
po murze tez nie było śladu. Nagle tuż przed sobą zobaczyłam coś
co przykuło moją uwagę. Na skraju lasu stał ten sam czarny
samochód co przed płonącym domem. Stój. Szepnęłam cicho do
Marka. Zobacz- wskazałam mu samochód ręką. Stojąc w cieniu
budynku patrzyliśmy jak dwie ubrane w kombinezon osoby pakowały coś
do bagażnika. To wyglądało jak tamte worki.
Po
chwili samochód odjechał a my już bez przeszkód doszliśmy do
samochodu. Jedźmy stąd. Marek wyrzucając strumienie żwiru spod
kół wyjechał na drogę a potem w kierunku miasta. Po dłuższej
chwili zatrzymał się na poboczu i powiedział. Możesz teraz ty
poprowadzić? Źle się czuję. Faktycznie pot perlił mu się na
czole a w miejscu gdzie ręka ubrudzona była błotem widniały
paskudne krosty. Jedziemy do szpitala. Po godzinie Marek leżał pod
respiratorem. Jego serce zatrzymało się ale lekarzom udało się go
odratować. Był w śpiączce. Zmęczona siedziałam pod salą. A nie
mówiłem żeby tam nie wchodzić? Usłyszałam znajomy głos.
Otwarłam oczy i spojrzałam w kierunku skąd dochodził głos ale
oprócz stojącej na drugim końcu korytarza pielęgniarki nie było
tam nikogo. Musiałam się zdrzemnąć pomyślałam . Wstałam i
zajrzałam do sali. Była pusta. Przerażana zawołałam pielęgniarkę
i spytałam o Marka. Pielęgniarka zdziwiona spojrzała na mnie i
powiedziała. Tu nikogo takiego nie było a pani przyszła kilka
minut temu. To niemożliwe. Przecież Marek leżał w tamtej sali.
Sama go tu przywiozłam. Pielęgniarka zaniepokojona moim stanem
wezwała lekarza a ten zaaplikował mi coś na uspokojenie. Obudziłam
się na szpitalnym łóżku. Przez okno wpadały promienie słońca.
Próbowałam wstać ale osłabiona opadłam z powrotem . Prószę
leżeć. Lek jeszcze działa i może się kręcić pani w głowie.
Pielęgniarka podeszła do mnie i zbadała puls potem coś zanotowała
w karcie. Co się stało? Spytałam.
Przyszła
pani do szpitala i zemdlała. A Marek? Co z Markiem? Przywiozłam go
przecież. Była pani sama odparła pielęgniarka i wyszła z sali.
Na drugi dzień wróciłam do domu. Cały czas próbowałam dodzwonić
się do Marka ale telefon nie odpowiadał. Z torby wyjęłam aparat
fotograficzny chcąc przejrzeć zdjęcia. Karta była pusta.
Niemożliwe. To niemożliwe.
Kilka
dni później spotkałam na mieście Krzysztofa. Cześć Krzysztof
zawołałam . Odwrócił się zdziwiony. My się znamy? Jak to? Nie
pamiętasz? Kilak dni temu przedstawił nas sobie Marek. Krzysztof
zbladł i przez zaciśnięte wargi wysyczał. Zamknij się. Rozejrzał
się dookoła i wszedł do bramy. Weszłam tam za nim. Krzysztof
nerwowo rozglądając się dookoła powiedział. Zapomnij o mnie,
zapomnij o Marku, zapomnij o tym co widziałaś.
Nie
rozumiem. Nie musisz. Grunt że tego wszystkiego nie było.
Krzysztof odwrócił się na pięcie i wyszedł . Wracając do domu
przechodziłam kolo przystanku gdzie wtedy umówiłam się z Markiem.
Odruchowo spojrzałam w kierunku domu. Otaczał go szczelny metalowy
plot a niedaleko bramy stal czarny samochód. Przez moment wydawało
mi się ze na fotelu pasażera zobaczyłam Marka. Niestety przejechał
tramwaj a gdy znowu spojrzałam w tamta stronę samochodu już nie
było. Za plecami usłyszałam znajomy głos. Przecież ostrzegałem
że tak będzie. Nie obejrzałam się. Przerażona prawie biegiem
wskoczyłam do autobusu i odjechałam. Potem wielokrotnie szukałam
miejsca gdzie była fabryka. Usiłowałam tez dostać się do tamtego
domu ale za każdym razem coś mi w tym przeszkadzało. Znajomy który
tam poszedł zaginął bez śladu tak jak Marek. Potem zapomniałam o
tym co się zdarzyło. Tylko w nocy budziłam się krzycząc gdy
śniły mi się koszmary. W workach widziałam coś czego nie
potrafiłam rozpoznać ale czego bardzo się bałam. Czułam że
kolejne spotkanie z ludźmi z samochodu skończy się tragedią
.Minęło kilka lat. Siedząc w fotelu z filiżanką kawy nagle
usłyszałam dzwonek do drzwi. Zdziwiona bo na nikogo nie czekałam
otwarłam drzwi. Za nimi stal Marek. Jego oczy były puste. Wszystko
wkoło zawirowało i upadłam. Nie widziałam już że z za niego
wysunęli się inni którzy zapakowali mnie do worka i zabrali z
sobą.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz