W sennym miasteczku panowała cisza. Nawet latarnie świeciły mdło i bez przekonania. Puste chodniki znikały gdzieś za rogiem. Autobus przyjechał późnym wieczorem. Już z daleka słychać było ryk silnika i pisk opon gdy z chorą szybkością pokonywał zakręty. Boże. Zabiją się pomyślałam i stojąc na chodniku obserwowałam co będzie dalej. Nagle wyhamował i z ze zgrzytem otwarł drzwi. Koloniści z rejwachem wysiedli i ciągnąc za sobą bagaże poszli do szkoły gdzie mieli nocować. Poszłam za nimi chcąc zobaczyć się z Anią ale gdy weszłam do budynku wszystkie sale były pozamykane a nielicznie osoby krążące po korytarzu znikały równie szybko jak się pojawiały. Kraty w oknach i zniszczone stare łóżka stojące na korytarzu sprawiały przygnębiające wrażenie. W głębi korytarza zobaczyłam smugę światła z uchylonych drzwi. W łazience zastałam Anię. Ona też była jakaś dziwna i wyjątkowo małomówna. Wiesz. Powiedziała. Powinnam wracać do domu, po czym odwróciła się i zniknęła za drzwiami. Zrezygnowana wyszłam na ulice. Koloniści defilowali w grupach głośno hałasując. Rozglądałam się szukając jego. Obok mnie stała jego dziewczyna. Zobacz- jest. O tam idzie z jakimiś dwoma dziewczynami. Faktycznie. Szedł uśmiechnięty prowadząc za rękę dwie równie rozbawione dziewczyny. Jego dziewczyna gdy to dostrzegła wściekła się. Zaczęła krzyczeć coś bez sensu i pobiegła przed siebie. Dogoniłam ja dopiero po chwili. Byłyśmy w jakimś obcym, dziwnym miejscu. Ona jak porcelanowa ruchoma laka z zepsutym automatem opadła na chodnik i zamarła w bezruchu.. Słuchaj. Wracajmy powiedziałam i pociągnęłam ja za sobą lecz już nie reagowała. Porcelanowe martwe spojrzenie parzyło przed siebie..
Trafiliśmy na podwórko. Wędrowni kuglarze mieli tam swój spektakl. Człowiek na szczudłach zaglądał do okien a linoskoczek wykonywał swoje piruety. Z boku jakiś mężczyzna połykał i ział ogniem. Kuglarska muzyka odbijała się od studni podwórza. Rozejrzałam się . Z boku na starcie jakiś śmieci siedziała stara cyganka. Postanowiłam spytać ją o drogę. Idź tędy ale uważaj na zabawki. Potrafią być niebezpieczne. Nie rozumiem powiedziałam ale na już mnie nie słuchała.
Jakiś dźwięk na podwórzu zwrócił moją uwagę. Gdy znów obejrzałam się cyganki już nie było.
Za otwartymi drzwiami zobaczyłam starych ciemnoskórych mężczyzn. Grali w karty. Przepraszam . Nie widzą panowie którędy mam iść? Jeden z nich nawet się nie odwracając wskazał na starą szafę. To chore pomyślałam ale rozsunęłam ubrania i weszłam do środka. Za nią nie było ściany lecz dziwne ciemne pomieszczenie pełne mechanicznych, nakręcanych zabawek. Klaszczące małpki, małpki z tamburynami, z bębenkami. Tancerki na pozytywkach. Wszystko było jakieś przerażające. No i ta cisza, jakby w oczekiwaniu na coś co miało się zdarzyć. Wolno posuwałam się przed siebie. Nagle niechcący potraciłam jedną z nich i ta ożyła a po niej kolejna i kolejna. Kakofonia dźwięków przeraziła mnie. Rozejrzałam się lecz nie było gdzie uciekać. Drzwi gdzieś zniknęły. Jedyna droga ucieczki to maleńkie wąskie okienko . Otwarłam je i w panice przecisnęłam się na zewnątrz. Nie zastanawiałam się co będzie dalej. Po drugiej stronie nie było niczego. Spadałam. Czerń otulała mnie jak aksamitny miękki płaszcz. Świadomość znikała. Po chwili nie było niczego.